Cukierki, #darylosu i wnętrzarskie smuteczki

15.6.15

Kto nie ma szczęścia w grze, ten ma szczęście w miłości - znacie to powiedzenie? Moi Rodzice się tak pocieszali, kiedy sromotnie przegrywali ze mną w Chińczyka (#żarcik). Prawda jest jednak taka, że od kiedy zaczęłam brać udział w przeróżnych konkursach na innych blogach, niepokojąco często coś wygrywam (teraz, kiedy to wybrzmiało, fortuna się zapewne odwróci i do końca życia mogę sobie wszelkie Candy odpuścić, bo i tak już nikt mnie nie wylosuje). Stałam się więc bardzo sceptyczna i podejrzliwa względem mojego Męża.

Zawsze mi się wydawało, że mam wielkie szczęście w miłości i najwspanialszego faceta na świecie, ale przecież staropolskie porzekadło nie może się mylić, prawda??
Zerkam więc ukradkiem, kiedy smaży nam rano naleśniki, w obawie że posypie moją porcję trutką na szczury. Albo kiedy rano wychodzi do sklepu po bułeczki, biegnę do okna i sprawdzam, czy nie majstruje przy przewodach hamulcowych mojego auta. Żadnych ofert masażu pleców nie przyjmuję, a podarowane kwiaty łapię w dwa palce i od razu wrzucam w ogień. Zaczynam podejrzewać, że to gniazdo os na tarasie, to też jego sprawka. Wie, że mam alergię i dogadał się z owadami, na bank.
Heheszki heheszkami, ale uwierzcie: miałam ostatnio takiego fuksa, że aż wstyd się przyznać. Za to nie wstyd podziękować, co też chciałabym w tym poście zrobić. Oto jedna z porcji moich ostatnio zdobytych #darówlosu:


W Candy u Pauli z Refreszing wygrałam pudełeczko na herbaty. Ciekawa historia, powiem Wam szczerze. Macie może takie listy "KUPIĆ DO DOMU", "ZROBIĆ W DOMU", itp.? Ja mam: jedną na komórce, drugą w notesie, trzecią w kolejnym notesie, czwartą na tablecie. I na każdej z nich było napisane coś w rodzaju: zrobić porządek z herbatami albo kupić pojemnik na herbaty. Serio, słowo zucha. Możecie się więc domyślać, jak się ucieszyłam, kiedy okazało się, że ufundowana przez sklep Latarenka skrzyneczka leci do mnie, do mojej kuchni. Dzięki niej wyrzuciłam z szafki 9 pudełek po herbatach i mam teraz więcej miejsca na nutellę! Yeah! #tylewygrać






Chyba po raz pierwszy widzicie migawki z naszej kuchni. Nie pokazywałam jej i wcale się do tego nie garnę - nie przepadam za nią. Z małymi wyjątkami (no dobra, wyburzanie ścianki to nie jest mała rzecz) wygląda tak, jak ją zastaliśmy wprowadzając się do tego mieszkania. Nieszczególne ciemnobrązowe meble (pozdrawiam Poprzednich Właścicieli :/ ), okropne blaty z laminatu i - rzecz najgorsza - laminowany MDF nad blatami i kuchenką. Bez sensu. Bardzo chcę to zmienić, mam plan, mam wizję, nie mam kasy. Lajf.

Ach. I jeszcze jedno: sprzęt. Sprzęt jest super. Drogi. Niemiecki. W użytkowaniu boski. Ale wiecie, ile kosztuje wymiana filtra zapachów w takim drogim-niemieckim-w-użytkowaniu-boskim okapie? Albo naprawa wbudowanego ekspresu do kawy? Czy piekarnika? Ugh.


W konkursie u Hally na blogu By Cieszyć się Życiem było trochę trudniej, bo trzeba było pogłówkować. Hally szyje piękne dodatki do dziecięcych pokoi, m.in. wygodne poduchy na krzesełka. Jakiś czas temu szukała dla nich nazwy i ogłosiła związany z tym konkurs. 
Zaproponowałam nazwę Siedziuchy, i chociaż zwyciężyła propozycja z inną pisownią (siedźUCHY), to Halinka wspaniałomyślnie obdarowała poduchami, tfu, siedźUCHAMI także mnie. Mogłam wybrać spośród kilku dostępnych wzorów (listy, króliki, itp), poprosiłam więc o uszycie wilków. Jak się prezentują? A tak:









Widzicie na dwóch ostatnich zdjęciach tę wielką poduchę? Można ją było zobaczyć też tu w poście o miękkim pojemniku na zabawki (klik! swoją drogą, Hally szyje też takie kosze, wiecie?)
Fajna była. Gigantyczna. Ze styropianowymi kulkami wewnątrz i ślicznymi skórzanymi rączkami na zewnątrz. Wygodna. Można było na niej przysypiać, jednym okiem doglądając bawiące się dzieci. Uczcijcie ją ze mną minutą ciszy po tym, jak zasikał ją nasz kot. Chlip!

Długo zwlekałam ze zdjęciami poduszek od Halinki, bo nie lubię tych naszych krzesełek - są odrapane i kolorystycznie nie pasują już do bawialni. Wciąż się łudziłam, że może raz-dwa je przemaluję i wtedy obfotografuję siedźUCHY, ale wiecie, jak to jest... Chciało by się zrobić tyyle rzeczy, a czasu brak.


Ostatni #darlosu, który chcę Wam dziś pokazać to totalny szok i niespodzianka. Nie brałam udziału w żadnym konkursie, nic. Po prostu na blogu Moniki - Osowiała Sowa - skomentowałam uszyte przez nią proporczyki z flamingami. Wiecie, że lubię ten motyw. W proporczyku Moniki się zakochałam, pomyślałam sobie "muszę taki kiedyś zrobić" i wpisałam go na moją listę to do, gdzieś pod numerem 628. Wcale jednak nie musiałam go robić, bo Monika sama do mnie napisała i poprosiła o adres do wysyłki. To jest jedna z tych rzeczy, które uwielbiam w blogowaniu - w ciągu kilku miesięcy poznałam dziesiątki fantastycznych, pomocnych, bezinteresownych, twórczych, dowcipnych i otwartych kobiet. Takie gesty to ich specjalność :) Wysłałam za to Monice jeden z moich plakatów (klik!), mam nadzieję, że się jej spodobał.








Tutaj niestety widać trochę brak przysłowiowego pomyślunku przy urządzaniu - galeria trzech obrazków za żarówkami na kablach. Słabo to wykminiliśmy, trzeba będzie poprawić.

Na dziś to tyle. Różnych prezencików mam więcej, ale pokażę je Wam innym razem. Cmok!

Spodobał Ci się ten post? Dziel się nim i śledź Piąty Pokój, aby być na bieżąco!

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

You Might Also Like

17 komentarzy