Spotkanie z legendą, czyli o farbach kredowych Annie Sloan

4.12.15

Przyznam się Wam do czegoś. Do zeszłej środy byłam dziewicą, jeśli chodzi o malowanie farbą kredową!
W życiu każdego miłośnika przeróbek, DIY i odnawiania staroci przychodzi taki moment, kiedy spotyka się z tym produktem i musi opowiedzieć się po którejś ze stron: psychofanów lub hejterów.


Jedni bowiem od razu zakochują się w farbie kredowej i bez ograniczeń korzystają z możliwości, które daje, chlapiąc radośnie bez uprzedniego szlifowania i gruntowania. Porywa ich to, jak - nie przymierzając - seks bez zabezpieczenia. Mama zawsze mówiła, że tak nie można, a tu nagle ktoś pozwala, ba, zachęca! Rewelacja!



Inni, jak ja, długo pozostają obojętni na to kuszenie. Myślą sobie, że farba kredowa to zabawa dla niestabilnych emocjonalnie miłośników przetarć i nierówności. A my, dorośli (żeby nie powiedzieć: zdziadziali) ludzie, to tylko akryl, a najlepiej z pistoletu. Bo gładko ma być. I świecić jak psu jajka w Wielką Sobotę.

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy twórczyni najbardziej rozpoznawalnej marki farb kredowych przyjeżdża do Polski i zapraszają człowieka na spotkanie z nią. I człowiek ten myśli sobie, że pójdzie, spróbuje, a jak farba będzie kiepska, to przynajmniej naje się przekąsek i poplotkuje z blogosferą.


Poszłam więc. Było oczywiście bardzo miło, przekąski pyszne, blogosfera śliczna i uśmiechnięta, ale największe wrażenie robiła Annie Sloan - właścicielka ćwierćwiecznego imperium farb kredowych, wizjonerka, artystka, a przy tym miła i bezpośrednia kobieta, która traktowała nas z wielką otwartością i życzliwością.


Mogliśmy sprawdzić farby w użyciu, malując drewniane świeczniki i tkaninę. Świeczniki pokryliśmy dwoma kolorami farb, zawoskowaliśmy, a następnie lekko przecieraliśmy, wydobywając kolor pierwszej warstwy. Zabrzmi to jak tania wazelina, ale naprawdę się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tych warsztatach. Zobaczyłam, jak wydajna jest Chalk Paint®, jak szybko schnie (15-20 minut przy dobrych wiatrach; nie wiem, jakie to są dobre wiatry, ale śmiem przypuszczać, że południowo-zachodnie), jak fajnie trzyma się każdej powierzchni i jak zgrabnie "gubi" wszelkie niezeszlifowane nierówności.

Najbardziej jednak zaciekawił mnie fragment wypowiedzi Annie o kolorach jej farb. Otóż Mrs Sloan, jako artystka malarka z wykształcenia, podeszła do mieszania pigmentów i uzyskiwania pożądanych barw jak malarz właśnie, a nie jak, dajmy na to, inżynier chemii. Jej farby prawie nie zawierają pigmentu czarnego: przyciemnianie i rozjaśnianie uzyskane zostało przez dodawanie kolorów dopełniających z Koła Barw. Co to daje? Taka farba, rozjaśniana przez każdego z Was w domowych warunkach, nie straci na urodzie i na głębi, nie zszarzeje... Pozostanie wciąż piękna.


Fantastycznie brzmiały też opcje farbowania Chalk Paint®'em tkanin, od surowego lnu po welur, a nawet skóry.
Możliwości zastosowania farby kredowej są właściwie niezliczone: różne ilości warstw, ich grubości, użycie wosku (jasnego bądź ciemnego), lakieru, polerowanie, przecieranie - można się tym bawić całe życie i nie znudzić. Gdzie jest więc haczyk?

Słabym punktem - dla naszych polskich portfeli - jest z pewnością cena produktów Annie Sloan. Za litrową puszkę farby trzeba zapłacić ok. 150 zł, a za 500 ml wosku - 55 zł. Nie wiem, jak Wy, ale ja zanim wydam taką kasę, zawsze najpierw rozważam możliwość stworzenia danej rzeczy w domowych warunkach. Jak napisała mi na Instagramie Ania z bloga Projekt Cacko, recepturę na farbę kredową mieli ogarniętą już nasi dziadowie, można by więc zaopatrzyć się w profesjonalne pigmenty i zmierzyć z tym tematem (o, przodkowie w niebiesiech, pomóżcie!) W razie niepowodzenia, sklepy z produktami Annie stoją otworem (polecam np. Patynowy) - czasem w życiu okazuje się, że lepiej zainwestować w dobrą jakość niż rzeźbić coś samemu. Zresztą, kto bogatemu zabroni!

Drugim haczykiem jest zastosowanie farby kredowej. Uważam, że nie jest to farba do wszystkiego: nie każde wnętrze i nie każdy mebel ją udźwigną - szczególnie w dużych ilościach. Stare angielskie czy francuskie domostwa to jednak inna bajka niż nasze blokowe cztery kąty, w których najbardziej stylowymi przedmiotami są czeskie kryształy i wycofany 10 lat temu z IKEA nocny stolik.

Dwie rzeczy są wszakże pewne:
  1. Każdy powinien choć raz pomalować coś farbą kredową, żeby wyrobić sobie własne zdanie na jej temat.
  2. Jedzenie na blogowych imprezach jest pyszne.
Od lewej: Magda (Wnętrza Zewnętrza), Ania (Anicja's White Space), Kamil (My pink plum), Dagmara (roomor!), Ola (Fotobloog), Iza (Colores de mi alma), Annie Sloan (AS), ja, Beata i Ania (Pani to potrafi), Monika (Patynowy sklep), Kasia (Conchita Home), Magda (My pink plum), Dorota (nasza urocza tłumaczka)

A tu, radosna organizatorka całego zamieszania: Justyna (Pani od PR)


[Autorką zdjęć jest Aleksandra Kosztyła aleksandrakosztyla.tumblr.com]

You Might Also Like

9 komentarzy