Hygge znaczy... No właśnie, co?

4.12.16

Jeszcze rok temu nie miałam bladego pojęcia, co to jest to całe hygge. Gdybym miała strzelać, obstawiałabym, że oznacza to jakąś obrzydliwą potrawę z serc wołowych albo ropne zapalenie przyzębia. A dziś, proszę: książki o hygge wyskakują jedna za drugą z polskich drukarni, jak koniki polne. Coraz więcej osób eksploatuje ten hasztag w społecznościówkach, a liczne artykuły próbują nam, Polakom, przybliżyć ów duński sekret szczęśliwego życia.

Meik Wiking w książce Hygge. Klucz do szczęścia, chcąc pomóc czytelnikom w wizualizacji całego zjawiska, bardzo obrazowo opisuje sytuację idealnego hygge: Wyobraźcie sobie mały drewniany domek w górach - za oknem szaleje śnieżyca, a w środku grupa przyjaciół spędza miło czas na rozmowach, grach i popijaniu aromatycznej herbatki. Ogień w kominku trzaska wesoło, ciepłe, wełniane skarpety przyjemnie drapią, a koce są tak miękkie, jak nigdy. 

Tak, dobrze czujecie, hygge jest jak takie idealne wprowadzenie do taniego, krwawego slashera. Tyle że później nie pada ani jeden trup.

Ja rozumiem to jako konglomerat przytulności, komfortu i poczucia bezpieczeństwa, a moda na hygge jest mi bardzo na rękę, bo powiedzieć, że jestem domatorem to mało. Uwielbiam ten luz, który dają mi moje cztery ściany. Tutaj wszystko mogę. Tutaj nic nie muszę. Przytulność i poczucie bezpieczeństwa to moi ukochani przyjaciele. W dzieciństwie najbardziej lubiłam te zabawy, w których owijałam się kocem lub właziłam pod kołdrę, udając, że poza moim schronieniem panuje zamieć śnieżna, radioaktywna burza albo wyjątkowo zły i okrutny watażka (mieliśmy takiego jednego, wymyślonego z Bratem; nazywał się Habdzin D'ul). Dziś te moje upodobania określam jako klaustrofilię, bo i teraz, i dawniej lubiłam się chować. Tylko dzisiaj robię to w mniej dosłowny sposób.


Moje hygge jest wieczorem, kiedy uśpię już dzieci i napatrzę się na ich spokojne buzie.
Kiedy po intensywnym dniu (bo trzeba pamiętać, że im cięższe warunki poza naszą bańką, tym większe i pełniejsze jest hygge) włączamy z Mężem film albo ulubiony serial, racząc się jakimś pysznym piwem (oboje) i przekąskami (ja). 
Kiedy kładę się do łóżka trochę wcześniej, żeby poczytać książkę i jedną kołdrą przykrywam nogi, a z drugiej robię sobie wielki kaptur.
Kiedy jestem u Rodziców, nigdzie się nie spieszę i mamy czas pogadać i pooglądać razem coś bardzo niskobudżetowego, bardzo odmóżdżającego i bardzo klasy D.
Kiedy tworzę coś bez presji i ciągłego spoglądania na zegarek, tylko dla przyjemności, tylko dla siebie, pogrążona we własnych myślach...

...a kiedy i gdzie jest Wasze hygge? 


Powyższa sesja zdjęciowa jest wynikiem współpracy z marką JYSK, a konkretnie: moją interpretacją pojęcia hygge z użyciem niemal wyłącznie jyskowych produktów (z wyjątkiem orzechów, haha). A tu cała reszta:


W głowie ułożyłam sobie wizję czarno-biało-zielonej palety, w domu dołożyłam jeszcze do tego brudny turkus i niebieskości. Byłam ciekawa, czy z zimnych barw można wyczarować coś ciepłego i przytulnego. I to rano, bez tego pięknego, otulającego półmroku. Nie jestem przekonana, czy udało mi się pokazać to w sposób dosłowny, ale historia, którą opowiada moja stylizacja, to historia jesiennego poranka (w piżamie, jak widać) z herbatą, orzeszkiem i odrobiną hobbystycznej twórczości. A to już chyba jest hyggelig, prawda?


Spodobał Ci się ten post? Dziel się nim i śledź Piąty Pokój, aby być na bieżąco!

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

You Might Also Like

0 komentarzy