29.07.2018

Jadalnia krok po kroku, czyli gdzie zjeść obiad, gdy labrador zajął kanapę


Uwielbiam jeść poza domem. Lubię rozsiąść się w knajpie, próbować nowych potraw, odkrywać połączenia smaków, na które nie wpadłabym nawet po stymulacji elektrowstrząsami. Zjeść coś, czego nie chciałoby mi się ugotować, chyba że pod groźbą śmierci głodowej. Lubię domawiać desery, pić kolejne napoje i fundować swojemu żołądkowi miks śledzia z bezą. Czyli coś jak ostatnia Wigilia, tylko że nie ja sprzątam.

06.06.2018

Jak przestałam mordować rośliny - KONKURS

KRUCHE ŻYCIE KAKTUSA

Kiedyś myślałam, że macierzyństwo jest trudne i żmudne. Że ciężko tak o kogoś dbać, karmić, przewijać, odpowiadać "dlaczego", uczyć jazdy na rowerze i godzinami tłumaczyć, dlaczego majtek nie nosi się na leginsach, mimo że Superman tak właśnie robi. Zdecydowałam, że oleję przyrost naturalny i postawię na koty. Koty i rośliny.

I wtedy kupiłam sobie kaktusa.


Kaktus na przemian to flaczał i siniał jak wielka brodawa, to puchł i nabrzmiewał jak moje ego, gdy dostanę dużo lajków. W końcu nabawił się dziwnych plam, zaczął śmierdzieć jak woda po gotowaniu bobu, coś z niego wyciekło i zdechł. Surmy anielskie nie grały, Walkirie po dziada nie przyleciały, no wziął i umarł po prostu - zero poezji, zero symboliki, Maciej Boryna dałby 2/10 i to tylko z litości.
30.05.2018

Odpoczynek to podstawa, czyli jak urządzić pokój dla gracza

Dawno, dawno temu, gdzieś między Człowiekiem Demolką a Braveheartem, mój tata przyniósł do domu Peceta. Pecet nie miał Windowsa, umiał tylko w dyskietki i buczał jak snopowiązałka. Ale miał klawiaturę oraz wersję demo gry Prince of Persia i to już wystarczyło, by na zawsze odmienić moje życie. Po pierwsze, z miejsca odkryłam, że emocje, które wywołują warcaby, to dla mnie jednak ciut za mało. A po drugie, nauczyłam się, żeby nigdy, przenigdy nie wpadać do najeżonych kolcami dołów.

Nie jestem jakimś hardkorowym graczem, ale i tak spędziłam tysiące godzin swojego życia klepiąc we WSAD na klawiaturze lub rozładowując w padzie baterię za baterią. Zdarzało mi się wagarować, symulować tropikalne choroby, a nawet być przez tydzień bardzo, bardzo grzecznym dzieckiem, byle tylko anulować szlaban i sobie pograć. I wiem jedno: kiedy człowiek zatopi się w grze, zapomina nawet o higienie jamy ustnej, a co dopiero o higienie grania.

biurko IKEA BEKANT

13.05.2018

Za oceanem można w boho, czyli nowa kolekcja Opalhouse w Target

Kochani, dzisiaj krótka piłka - nie mam czasu na długie wywody, ponieważ jestem zajęta udawaniem, że umiem w życie. Mimo to bardzo chcę Wam coś pokazać. Jeśli zatem poprzedni post był epopeją, to tym razem uraczę Was co najwyżej fraszką, za to pięknie zilustrowaną. Niedawno coś mnie bardzo zainspirowało i chciałabym się tym z Wami podzielić.

Inspiracja przyszła do mnie zza oceanu. Choć może się to komuś wydawać oczywiste - no bo przecie HAMERYKA! - wcale takie nie jest. Wiadomo, że Coca-Cola, deskorolka i kładzenie nóg na stole to wynalazki, które zrewolucjonizowały świat i nikt o zdrowych zmysłach nie będzie ich roli podważał. Ale od ślepego kultu wszystkiego, co amerykańskie, jestem daleka. Szczególnie, jeśli chodzi o styl i o wnętrza - nie uważam Amerykanów, jako ogółu, za obdarzonych gustem lepszym niż nasz. 

stare lustro w łazience
27.04.2018

Miksowanie i lepienie, czyli jak łączyć stare z nowym w kuchni

Były w dziejach Ziemi takie mroczne czasy, kiedy wszystko musiało do siebie pasować i być z jednego kompletu. Napudrowana peruka miała komponować się z rajtuzami, wzór z adamaszkowej tapety obowiązkowo powtarzał się na tapicerce foteli, a Romeo nie mógł z Julią, bo była z innej, że tak powiem, parafii. Zresztą, jakie peruki, jakie adamaszki, jakie Szekspiry? Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto w podstawówce nie miał szeleszczącego ortalionowego uniformu, od stóp do głów w jednym kolorze. Albo zestawu mebli żywcem przeniesionego z jednego z nielicznych wówczas sklepów meblowych („u Waldka”). No, w każdym razie: ja miałam.

kuchnia z wyspą ze starego bufetu

30.03.2018

Mała, ale wariatka - nasza mikrołazienka

Zawsze powtarzam: rozmiar nie ma znaczenia, liczy się fantazja. Ba, czasem nawet małe rzeczy są lepsze niż duże. Weźmy takie Seicento: nie dość, że wszędzie zaparkujesz, to jeszcze możesz robić psikusy innym kierowcom. Ileż to razy już witaliście się z gąską, już prawie otwieraliście szampana, widząc idealne miejsce parkingowe pod samym wejściem do sklepu, niemalże na samiutkim czerwonym dywanie, żeby po chwili przekonać się, że stoi tam Seicento? No ja też bazylion.

Tak, niektóre małe rzeczy są super. Małe pieski, małe kotki, małe myszki, małe podatki. Inne jednak fajniej mieć większe i - wbrew wszystkim bezeceństwom, o których teraz myślicie - chodzi mi o łazienki.

Choć mamy naprawdę spore mieszkanie, nasze łazienki do dużych nie należą. Żeby nazwać je domowym SPA bądź salonami kąpielowymi, trzeba by się porządnie zbąblować żelem pod prysznic i dać ponieść kolorowym jak bańki fantazjom. Jednak mimo swej niezbyt imponującej kubatury, obie są całkiem funkcjonalne.

wnękowa kabina prysznicowa
Fot. Piotr Motrenko