04.08.2016

Stara szkolna mapa - jak ją zdobyć, oprawić, wyeksponować

DIY
Miałam w podstawówce takiego wychowawcę, geografa. Na imię mu było I. Pan I. lubił siadywać za biurkiem z nogą założoną na nogę i - postukując w dziennik długim wskaźnikiem - wywoływać nieszczęśników do odpowiedzi. Nieszczęśnik taki stawał pod tablicą i drżącym głosem odpowiadał na pytania o wyżyny, niziny, zlewiska, równoleżniki, mady, prądy, fałdowania i inne kambry i prekambry. Koło tablicy, na zepsutym metalowym stojaku, w którym za przekładki służyły gwoździe, zawsze wisiała mapa. Pożółkła, spękana, pognieciona (#gimbynieznajo). I śmierdząca szlugami (#toakuratznajo). Czasem wspomniany Nieszczęśnik musiał znaleźć coś na tej mapie i grubo się gimnastykował, próbując ze wszystkich szeptów kolegów wyłowić tylko te prawilne, uczciwe podpowiedzi.


Pewnie powinnam mieć do geografii jakiś uraz albo chociaż maleńką traumeczkę, ale jak już wspominałam tutaj, w latach 90-tych byłam - jakkolwiek anachronicznie to zabrzmi - nerdem do sześcianu i wszystkie okresy paleozoiku wymieniałam jednym tchem. Odpowiadanie przy tablicy było mi więc nie-aż-tak-straszne, a i do żadnej z map nie chowam urazy. Dlatego kiedy kolejna próba zagospodarowania wielkiej, pustej ściany w gabinecie spełzła na niczym, postanowiłam poszukać na OLX starej, szkolnej mapy. I znalazłam. Trochę za mało jak na mój gust zieloną (wolę mapy fizyczne niż polityczne), ale za to najcałościowszą: Mapę Świata.


Nasza mapa ma zaledwie dwadzieścia lat, ale w szkolnej kanciapie musiało być ostro jarane, bo jest mocno pożółkła i niemiłosiernie klepie szlugami. Bardzo mnie cieszy ten jej nadszarpnięty zębem czasu wygląd. Jedyne, co było do zmiany, to oprawa - pierwotnie mapa usztywniona była dwiema plastikowymi rurkami. Żeby nadać jej bardziej vintage charakter, oprawiłam ją według pierwszego sposobu z tego posta. Szczegółowa instrukcja poniżej.


JAK ZDOBYĆ STARĄ MAPĘ?

Jest na to kilka sposobów. Basia Szmydt, moja ukochana Basia, ma w domu trzy stare mapy i choć nie zdradza szczegółów, jak je zdobyła (obstawiam włamanie z rabunkiem), to jednak uchyla rąbka tajemnicy:

Wystarczy pokombinować i poszukać w rodzinie pracowników szkół na przykład. Potem już z górki. Wiadomo, że dla szkół zazwyczaj takie starocie są po prostu śmieciami. Czasami gdy usypiam dzieci opowiadam im o dalekich podróżach, o piratach, którzy pływali po morzach i oceanach i o wszystkich dzikich zwierzętach żyjących na dalekich wyspach. Mam ogromną nadzieję, że obudzę w moich Maluchach zew podróżnika i będą ciekawi świata.

[Zdjęcie: Basia Szmydt]

Tym, którzy nie mają odpowiednich koneksji, polecam targi staroci i oczywiście moje ulubione źródło rupieci, czyli Internet, a konkretnie OLX. Stamtąd właśnie pochodzi moja mapa.


JAK JĄ OPRAWIĆ?

Jeśli uda się Wam upolować naprawdę starą mapę, prawdopodobnie będzie miała swoją własną, drewnianą oprawę i - o ile ta nie będzie bardzo zniszczona - nie warto jej wymieniać. Moja mapa, jako produkt z lat 90-tych, uzbrojona była w dwie rurki PCV i pozostawienie ich nie wchodziło w grę. Na szczęście demontaż był bardzo prosty: rurki były nacięte wzdłuż i wystarczyło je zsunąć z papieru, a następnie oderwać tekturowe paski przyklejone wszerz mapy.


Do wykonania nowej "ramy" potrzebne są cztery listewki o szerokości nieco większej niż szerokość mapy (ja z każdej strony dodałam po 5 cm). Bardzo efektownie prezentowałyby się tutaj również półwałki lub listwy delikatnie zaokrąglone.




Po wymierzeniu i docięciu drewna na odpowiednią długość, należy je wygładzić papierem ściernym (ja najpierw użyłam papieru o gradacji 120, a potem 240). Do cięcia takich małych elementów - trochę niezgodnie ze sztuką - używam zazwyczaj cienkiego brzeszczotu do metalu.


Do zabarwienia listewek użyłam jedynej bejcy, jaką miałam w domu, czyli bejcy ochronnej do mebli ogrodowych, kupionej w IKEA. W tym przypadku to całkiem wygodne rozwiązanie, bo tego środka nie trzeba już dodatkowo zabezpieczać - potraktowane nim drewno jest przyjemnie oleiste w dotyku. Kombinowałam z rożnymi stopniami rozrzedzenia preparatu i sprawdzałam, który odcień najlepiej komponuje się zarówno z samą mapą, jak i z pozostałymi dodatkami w naszym gabinecie.


Drewno malowałam rozrzedzoną bejcą dość obficie, a następnie szybko wycierałam tetrą. Położyłam dwie takie warstwy, a następnie pozwoliłam listewkom wyschnąć na słońcu.

Przymocowanie listew do mapy odbyło się - jak zwykle u mnie - na oko. Unieruchomiłam papier na listewce taśmą, następnie przykryłam drugą listwą i zbiłam razem w kilku miejscach cieniutkimi gwoździami.


Podczas wykonywania górnej oprawy należy pamiętać o umieszczeniu między listewkami sznurka, na którym zawiśnie mapa. Aby jego końcówka nie wyślizgnęła się spomiędzy drewienek, na końcu zawiązałam zwykłą nakrętkę od śrubki.



JAK JĄ WYEKSPONOWAĆ?

Mapy szkolne to wielkie bestie, więc zazwyczaj potrzebują sporo miejsca na ścianie. Im więcej wolnej przestrzeni dookoła takiej dekoracji, tym lepszy efekt. Właśnie ze względu na swoje rozmiary mogą z powodzeniem tworzyć tzw. accent wall zamiast tapety, galerii zdjęć czy wyróżniającego daną ścianę koloru i stać się główną ozdobą pomieszczenia.




Po więcej inspiracji zajrzyjcie na moją tablicę   -m a p s -   na Pinterest:


ZOBACZCIE TEŻ: Mapa-trofeum z rodzinnych wojaży


Spodobał Ci się ten post? Dziel się nim i śledź Piąty Pokój, aby być na bieżąco!



01.08.2016

Walka z pudłem, czyli pocztowa historia z dreszczykiem

Dawno się tak nie spociłam. Nie, wcale nie przez te upały. Ze stresu! Na żadnej rozmowie o pracę ostatnio nie byłam, w telewizji nie występowałam, wizyty u proktologa nie miałam, a zestresowałam się i spociłam jak prosię przed świniobiciem.
Na poczcie.
Wiosną robiliśmy małe porządki w garderobie i postanowiliśmy - jak w zagranicznych programach o zbieraczach - część rzeczy oddać, część wyrzucić, część sprzedać, nad wszystkimi uprzednio załkawszy. Pierwsza i druga kupka dość szybko zniknęły z naszego domu, ale trzecia musiała się najpierw uleżeć - w końcu trzeba to-to obfotografować, opisać, aukcje powystawiać, no roboty z tym co niemiara. Wreszcie udało się: czując oddech jesieni na plecach (trzeba Wam wiedzieć, że czuję go już od tygodnia), sprzedałam ciuchy i zabawki po dzieciakach i wesolutko pojechałam na pocztę, żeby je wysłać.
Na poczcie, oprócz Stu dań z mąki według Siostry Honoraty, kolorowanek, bazarowych puzzli, organicznych mydełek, batonów z podobizną Ewy Wachowicz, chińskich portfeli, świecących kauczukowych piłeczek, książeczek o Duchu Świętym i gwiżdżących świstaków, można jeszcze kupić rzeczy naprawdę praktyczne i faktycznie potrzebne interesantom, takie jak pudełka na przesyłki.
Zupełnie beztrosko i bez głębszej refleksji, poprosiłam w okienku o takie pudełko. Nie wiem, co ja sobie myślałam, ale sądziłam, że oni je tam złożone już sprzedają, tylko od góry zawartość wrzucasz, pach!, zaklejasz i jesteś w domu. Teraz wiem, że byłam głupia, bo nikt rozsądny nie składowałby takich pudeł w formie zmontowanej - zabierają przecież ogromnie dużo miejsca. Ale człowiek uczy się na błędach, a kto nie ma w głowie, ten ma mokre pachy, jak mawiają. No więc miła pani wręczyła mi wielką kartonową płachtę o kształcie bardziej przypominającym schemat więzienia w Alcatraz niż coś, z czego ma powstać prostopadłościan (ja z matematyki byłam średniosłaba, ale jak wygląda rozcięte pudełko to jeszcze się mniej więcej orientuję...), a ja totalnie zgłupiałam. Wprawdzie był tam nadrukowany schemat składania tego narzędzia tortur, ale ponieważ cała krew z mózgu odpłynęła mi gdzieś do lewego kolana, równie dobrze mogłam w owej chwili badać krasnoludzkie runy - tyle samo bym zrozumiała.
Pudło miało dziesiątki fantazyjnych wypustek, dziurek, nacięć, no jednym słowem: wyglądało barokowo. Zaczęłam wymachiwać tą papierową taflą, udawać, że wiem, co i jak, że ja tu rach ciach i zaraz złożę, co to dla mnie. Kątem oka łowiłam utkwione we mnie spojrzenia pozostałych petentów, szczególnie tych, którzy byli w kolejce za mną, i widziałam, jak rozbawienie miesza się w nich ze zniecierpliwieniem - jak u naukowca, który właśnie dał szympansowi do ułożenia bardzo trudne puzzle (5000 elementów; samo niebo). Ręce mi się trzęsły, oczy zalewał zimny pot i czułam się jak mały, biedny mopsik na cyrkowej arenie, w świetle jupiterów składający żurawia z origami. Tylnymi łapami. I pod wiatr.
Mimo całej grozy, historia kończy się happy endem, bo stres podziałał na mnie na tyle motywująco, że pudełko złożyłam obiektywnie szybko (chociaż wydawało mi się, że moje zmagania trwają wieczność i nigdy się nie skończą - coś jak szkolna edukacja). Od tej pory wiem jedno: jeśli na pocztę, to tylko po książkę kucharską. A po karton - do Biedry, od zaplecza.
I nigdy więcej porządków w garderobie!
A teraz zdjęcie - zajawka kolejnego posta (jakaś miniaturka musi się przecież na fejsbuka zassać, prawda?)