27.04.2015

Ile razy puka kurier? O polskich twórczyniach po raz kolejny

Podobno listonosz zawsze puka dwa razy. Brzmi dwuznacznie i nawet nie chcę o tym myśleć, bo mój listonosz - przepraszam, że to powiem - jest dość odpychający. 
Ile razy puka kurier tego nie wiem, wiem natomiast, ILU kurierów zapukało do mnie pewnego pięknego dnia w minionym tygodniu. Dwóch. A każdy z nich przyniósł jedno czarne cudeńko.

Ja bardzo często kompulsywnie kupuję różne rzeczy przez Internet i nieraz zdarza mi się, że doręczyciel mnie totalnie zaskakuje, przynosząc coś, o czym już kompletnie zapomniałam. Jeśli akurat w domu jest mój Mąż, moje zakłopotanie jest tym większe. Wygląda to zawsze tak samo: dzwoni domofon, Mąż pyta: "Czekamy na kogoś?". Odpowiadam, że nie, ale zaczynam się lekko pocić. "To może kurier? Zamawiałaś coś?". I co mam odpowiedzieć? Że nie wiem?? Mówię więc: "Taaak, już dawno kupiłam, takie te... No... Zobaczysz zaraz. To z poprzedniej wypłaty jeszcze opłaciłam, także luzik!".

W to piękne popołudnie było tak samo, tyle że na szczęście byłam w domu sama. Przyszła jakaś taka długa paczka, jakby... wypchany szczupak czy co? I druga, malutka, ale o tej nie zapomniałam nawet na chwilę. 
Wieszak Bucha do przedpokoju i mój nowy, piękny brelok POLYGON ze sklepu AnyThing w bardzo tymczasowym zawieszeniu prezentują się tak:



23.04.2015

Tutorial DIY: Memo Board [VIDEO]

Coś się stało z moim czasem. Zakrzywił się jakoś tak niekorzystnie i przecieka mi przez palce. Nie ogarniam. Czasem po całym dniu mam wrażenie, że nie zrobiłam nic istotnego, nic z długiej listy "to do", nic przyjemnego, nic zapadającego w pamięć. Ganiałam tylko cały dzień za Małym, zdejmowałam go ze stołu, odpędzałam od kocich misek, wyrywałam z rąk szczotkę do kibla, wyjmowałam z buzi filcowe podkładki odlepione od krzeseł. Myślę sobie wtedy, że gdyby te dzieci starsze były, to ho-ho, ileż to ja bym zdziałała!

Niestety, ZONK! Jak dzieci będą starsze, to ja pójdę do pracy. Będę wracać do domu po 17:00 i przewracać się na twarz tuż za drzwiami wejściowymi. I tak sobie będę leżeć na zimnym gresie, póki Mąż się nie zlituje i nie przesunie mnie stopą na dywan.

Cała nadzieja w emeryturze.

Jakimś cudem udało mi się jednak zacząć i skończyć (sic!) pewien tyci projekcik: DIY Memo Board. Podpatrzyłam go tu, ale troszkę zmodyfikowałam.


Łatwa tablica ze sklejki: z jednej strony przemalowana na głęboką czerń, z drugiej poprzecinana prostymi liniami czarnej linki. Ciepło drewna, elegancja i urok czerni, biała kreda. Jak dla mnie to idealny dodatek np. do domowego biura urządzonego w skandynawskim stylu. Farba tablicowa Flügger, z którą przeżyłam podczas tego projektu swój pierwszy raz, bardzo miło mnie zaskoczyła. Powierzchnia jest matowa, ale gładka. Ma świetną przyczepność i łatwo się po niej pisze, ale równie łatwo jest ją umyć. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale to jest IDEAŁ.
Chcecie sobie taką powiesić nad biurkiem? To jadziem:




Potrzebne materiały i narzędzia:
  • Sklejka o grubości 6mm; Wymiary dowolne (u mnie: 80 x 60 cm)
  • Czarna gumka o średnicy 2mm (do kupienia w pasmanterii lub sklepie dla kreatywnych; zużyłam ok. 5 metrów)
  • Farba tablicowa (u mnie Flügger)
  • Wiertarka i 2 wiertła: 1,5 mm i 3 mm
  • Taśma malarska
  • Papier ścierny 240
  • Ołówek, linijka, nożyczki
  • Patrząc na stan moich dłoni na poniższych zdjęciach, sugeruję również rękawiczki!!! Pył strasznie niszczy ręce...
Wnikliwie badamy naszą sklejkę i decydujemy, która strona będzie "przodem", a która "tyłem".


Teraz trochę porysujemy po sklejce od "tyłu". Zaznaczamy połowę płyty. Jedną połówkę zostawiamy w spokoju, drugą obrysowujemy wokoło centymetrową ramką - to będzie nasz margines bezpieczeństwa, za ramką nie wiercimy! Ustalamy przebieg gumek, zaznaczamy miejsce wiercenia otworów. Skomplikowane? Zdjęcie Was naprowadzi:


Ponieważ mam złe doświadczenia z wierceniem sklejki, dołożyłam sobie trochę pracy, żeby dziury wylotowe wyglądały pięknie i gładko. Najpierw, od tyłu nawierciłam otwory malutkim wiertłem (1,5 mm średnicy). 


Potem poprawiłam je wiertłem 3mm od przodu


Wyszło super, ale w obawie przed poszarpaniem gumki przeszlifowałam jeszcze każdą dziurkę zwiniętym papierem ściernym. Potem przetarłam papierem całą płytę, a szczególnie jej brzegi.


Odkurzyłam dokładnie całą sklejkę i rozpoczęłam zabawę w przeplatanie. Bardzo relaksujące zajęcie... Tak wyglądała moja tablica gotowa w połowie:


Właściwie można ją taką zostawić - lewa, "goła" strona może posłużyć jako miejsce do przypinania karteczek pinezkami. Ja postawiłam jednak na farbę tablicową. Sama w to nie wierzę, ale był to mój debiut w tym temacie! W wieku 30 lat po raz pierwszy pomalowałam coś tablicówką. Długo się uchowałam, nie? Czułam, że jak raz użyję tej farby, to przepadnę i nie myliłam się. Jest cudowna, uwielbiam ten głęboki czarny mat i już knuję, co by tu jeszcze nią zmalować...


Oczywiście zabezpieczyłam brzeg taśmą malarską. Położyłam jedną warstwę, zamroziłam wałek (nie zwariowałam, zajrzyjcie TUTAJ)...


a kiedy pierwsza powłoka wyschła, przetarłam ją lekko drobnym papierem ściernym.


Szczerze mówiąc nie wiem, czy to nie wbrew sztuce malowania farbą do tablic, ale czułam, że muszę. Włókna drewna mocno "wstały" po nałożeniu farby - powierzchnia stała się bardzo chropowata. Zdaję sobie sprawę, że tablica nie może być zupełnie gładka (kreda musi się jakoś trzymać), jednak przy takim stopniu szorstkości miałabym kłopoty z umyciem tablicy. Nie wiem, czy dałoby się domyć kredę z tych wszystkich szparek. Przetarłam więc, dokładnie usunęłam czarny pył (uwaga, żeby nie ubrudzić drugiej połówki tablicy!) i nałożyłam drugą warstwę farby.
Odkleiłam taśmę i cieszyłam oko:
 






Jestem zadowolona. Uwielbiam surową sklejkę we wnętrzach, w pokoju chłopaków to zresztą nie pierwszy dodatek, który sama ze sklejki zrobiłam (kiedyś Wam pokażę resztę). To taki ciepły materiał. Do tego czarny mat farby kredowej. Proste, geometryczne kształty. Biel kredy.
Jaram się.
Zróbcie sobie taką, to proste. A ja idę nakremować moje biedne dłonie.
20.04.2015

Wyzysk zwierząt w naszej bawialni i wygrana w Candy

Pamiętam, jak kilka lat temu weszłam przypadkiem na jakiegoś bloga o urządzaniu wnętrz, dodatkach do domu, szyciu, itp. Autorka chwaliła się wygraną w jakimś tajemniczym Candy, pokazywała zdobyte przedmioty. "Co za Candy, jakie Candy??" - zastanawiałam się wtedy. Później jeszcze kilka razy spotkałam się z tym pojęciem, aż wreszcie wydedukowałam sobie, co to takiego.
No, gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że ja za parę lat też będę brała w tym udział, ba - co więcej będę sama planowała Candy na moim blogu, chyba bym wytrzeszczu dostała ze zdziwienia.
A tu proszę. Jedno z pierwszych giveaway, w jakich brałam udział, i od razu taka piękna wygrana! Magda i Wojtek z bloga Design or Breakfast zrobili mi naprawdę przemiłą niespodziankę, kiedy akurat umierałam sobie chora w domu - wylosowali mnie i obdarowali wymarzonym proporczykiem:


Proporczyk został ręcznie zrobiony w świeżo utworzonej przez Magdę Manufakturze Miło