29.11.2016

Do Ciebie, Czytelniczko

Powiecie, że zwariowałam, że się Wam podlizuję i na pewno chcę czegoś w zamian. Albo że się starzeję, że może od przedwczesnego klimakterium mięknie mi rura i się rozrzewniam. A ja zwyczajnie chcę to napisać. Chcę Wam napisać coś miłego, bo sama dostaję od Was tyle ciepłych słów: w komentarzach, mailach, prywatnych wiadomościach. Lubię Was i to dzięki Wam to wszystko, na co właśnie patrzycie, wciąż istnieje.

Od około miesiąca co najmniej raz dziennie w mojej głowie pojawia się myśl, że muszę skasować tego bloga. Nie, nie prowokuję Was teraz, by wyżebrać słowa uznania. I nie, to nie kwestia jesiennej depresji, przynajmniej nie tym razem. Poważnie. Po części jest to spowodowane sytuacją na świecie i tym, jak mało ważne wydaje mi się pisanie o świeczuszkach i podusiach, kiedy ktoś gdzieś właśnie bombarduje pełen dzieci szpital. Jednak główny powód... główny powód jest taki, że ja po prostu n.i.g.d.y. n.i.c.z.e.g.o. nie doprowadzam do końca. Szkołę muzyczną rzuciłam po trzydziestu dniach, pracę magisterską - po trzydziestu stronach i chyba tylko fizyczny ból sprawił, że w trakcie żadnego z porodów nie rozmyśliłam się i nie poszłam do domu. Fantastycznie jest patrzeć, jak to moje trzecie dziecko - bo tak traktuję bloga - rozwija się i kwitnie, ale świadomość skali tego rozwoju czasem mnie po prostu paraliżuje. Bo ja z natury jestem taką, ot, szarą myszką (nadal nie kokietuję).

Przekonuję się, jak dużo prawdy jest w powiedzeniu uważaj, czego sobie życzysz. Z jednej strony sama postanowiłam wynieść swoje blogowanie na wyższy poziom i powoli dążyć do uczynienia z tego pracy, z drugiej - czuję w związku z tym ogromną odpowiedzialność: wobec Was, wobec potencjalnych Sponsorów, wobec swojego odbicia w lustrze. Nie mogę i nie chcę dać dupy. Cały czas, jak żółw ze swojej skorupy, wychylam się z mojej strefy komfortu. Wystawiam stopę, kolano, pośliniony palec i - trzęsąc się jak osika - robię krok do przodu. Dżizas, ileż mnie to nerwów kosztuje...

Aż w końcu przychodzi taki dzień. Taki, w którym wrzucam na piątopokojowy fanpage jakieś zdjęcie i patrzę. Patrzę, jak pod nim zaczyna się toczyć dyskusja, jak sobie rozmawiacie, wymieniacie się radami, inspirujecie nawzajem. Rozpoznaję Wasze zdjęcia, pamiętam nazwiska. I czuję, jakbym siedziała w knajpie z koleżankami. Chcecie czy nie, jesteście moim wielkim babskim teamem i niezależnie od tego, po co wpadacie na mojego bloga, wszystkie Was uwielbiam. To nie jest blog ekspercki, blog z suchymi poradami, blog czysto zarobkowy, blog służący karmieniu mojego ego (no przynajmniej nie tylko). Staram się przed Wami odsłaniać na tyle, ile to możliwe (i strawne), wpuszczać Was do mojego życia, nawiązywać kontakt i relacje. Przybliżać Wam siebie i zbliżać się do Was, nawet jeśli tematem posta są blachowkręty i frędzelki przy zasłonach. I wiem, że Wy to widzicie, bo odpowiadacie mi tym samym. Fajnie jest czuć, że po drugiej stronie siedzi ktoś z krwi i kości.


Dzięki temu, że sobie to wszystko uświadomiłam, moje myśli o zamykaniu tego kolorowego pierdolnika, zwanego Piątym Pokojem, po prostu wyparowały. Dzięki Wam, moje drogie Koleżanki! (I Koledzy też, oczywiście. Wszyscy czterej.)

Aha, pierwsze zdanie tego posta jednak jest prawdziwe: chciałabym Was dziś o coś prosić... Zawsze uważałam, że blogowe ankiety są dla leszczy i że bloger powinien sam wiedzieć, w którym kierunku podążać, a nie pytać o to swoich Czytelników. Ale zmieniłam zdanie. Chcę Was jeszcze lepiej poznać, chcę wiedzieć, dlaczego tu bywacie, czego poszukujecie, co Was denerwuje. Dlatego gorąco Was proszę o wypełnienie przygotowanej przeze mnie anonimowej ankiety - nie powinna Wam zająć więcej niż kilka minut. Zróbcie sobie kawę, odpalcie formularz, a kiedy skończycie, będziecie mieć satysfakcję z radości, jaką sprawiliście tej dziwnej Kasi z Piątego Pokoju. 

...i zimną kawę.
Powered byTypeform


A tu link dla tych, którym nie hula kwestionariusz w okienku powyżej: 

ANKIETA

Z góry dziękuję!


26.11.2016

Nowy kalendarz do pobrania - Grudzień 2016

Mam dziś dla Was kalendarz - nie, nie adwentowy! Nie wiem, czy ja kiedykolwiek zdobędę się na stworzenie choć jednego kalendarza adwentowego i jakichś świątecznych ozdóbek. Może za jakiś czas, kiedy spełnię już swoje marzenie, zostając rencistką. Będę wtedy mieć mnóstwo wolnego czasu i z nudów zacznę robić to wszystko, czym teraz gardzę: oglądać "Przyjaciół", prowadzić długie rozmowy przez telefon i płodzić bożonarodzeniowe stroiki z igliwia.

Tymczasem wróćmy do naszej listopadowej tradycji - tak, nie bójmy się tego słowa. Głęboko wierzę, że jeśli coś się robi już drugi raz, drugi rok z rzędu, to można to uznać za tradycję. Moim listopadowym zwyczajem, który trwa już od... 2015 roku (wow!), jest nieobchodzenie imienin - zostało to podyktowane faktem, że i tak prawie nikt o nich nie pamiętał. Zamiast więc ze łzami w oczach czekać na smsy, kwiaty i tanie bombonierki, w których czekoladki są pokryte takim białym nalotem, dwudziestego piątego listopada, w katarzynki, siadam i robię dla Was kalendarz na przyszły rok. I tak rok w rok, począwszy od 2015 [słownie: dwa tysiące piętnastego] roku po Chrystusie. Wiem, imponujące.

W tym roku bardzo chciałam pchnąć projekt nieco dalej, odejść od minimalistycznego black&white i stworzyć kalendarz inspirowany naturą. W serwisach z darmowymi fotografiami znalazłam piękne zdjęcia, ale towarzyszyła mi obawa, że z wizji, którą mam w głowie, powstanie po prostu kolejna wersja nieśmiertelnego hitu ze wszystkich stacji benzynowych zatytułowanego "Pejzaże". Znacie ten klimat, jestem pewna: złocące się na polu pszeniczne łany, zachód słońca nad Śniardwami, świecący odbitym światłem Giewont. I konie, dużo koni.

Myślę, że ostatecznie jakoś wybrnęłam z zadania, a tradycyjne, lekko kiczowate "Pejzaże" dostały nową, nieobciachową twarz. 
I nie ma żadnych koni. 
Ani zachodów słońca. 
Ani koni galopujących w świetle zachodzącego słońca. 

Podobnie jak w zeszłym roku, wypuszczam najpierw pilotażowo grudzień - żebyście mogli wypróbować kalendarz jeszcze w 2016 i ocenić jego przydatność dla Was. Jeśli będziecie mieli jakiekolwiek wskazówki lub sugestie poprawek, dajcie znać.


Oto grudzień 2016:

[By pobrać plik w dużej rozdzielczości, >>>klijknij tutaj<<< ]



A tak będzie się prezentował cały przyszły rok:


Jeśli udostępnicie tego posta dalej, będzie mi bardzo miło, a moje młodsze dziecko na pewno poczuje, że nie na darmo przesiedziało ciurkiem dwadzieścia sześć godzin przed telewizorem, kiedy matka robiła jakiś "karendas" (tak, to jest jeden z tych dwulatków, które wymawiają "R"). Nawet guziczek Wam zrobiłam:

Przy okazji, jak już puścicie w ruch drukarkę (oczywiście w pracy, na służbowych tonerach), możecie rzutem na taśmę druknąć coś z poprzednich postów:



21.11.2016

Cacko z dziurką, czyli stolik kawowy ze szkolnej ławki

Dzisiaj zacznę od coming-outu, który może okazać się moim łabędzim śpiewem i... ostatnim postem na blogu. Przynajmniej ostatnim pisanym na wolności, zanim mi kolbami w drzwi załomocą. Nie jest to z mojej strony żaden akt odwagi - ja się po prostu zupełnie nie boję więzienia, wręcz przeciwnie: jawi mi się ono jako takie... wakacje o obniżonym standardzie. Miejsce, gdzie można się wyspać i nikt nie włazi Ci na pryczę (no taką mam przynajmniej nadzieję, chociaż kinematografia uczy nieco inaczej), gdzie dużo się czyta, gdzie nie trzeba gotować, gdzie znika poranne pytanie "co ja mam na siebie włożyć?" i gdzie moim jedynym zmartwieniem byłby brak Wi-Fi i nachosów.

A teraz obiecane wyznanie: jestem wandalem.

Przez 18 lat edukacji szkolno-uniwersyteckiej dokonałam tysięcy aktów wandalizmu, a moimi ofiarami w przeważającej większości były niewinne ławki. Bez skrupułów bazgrałam po blatach, rysowałam wesołe penisy, szkicowałam portrety nauczycieli, pisałam ściągi i cytowałam Coelho na zmianę z moimi ulubionymi raperami.
Długopis to nie wszystko, co musiały znosić moje ławki - przez niemal dwie dekady przykleiłam do nich okrągły pierdylion gum do żucia. A może i więcej. 
Tak. 
Na pewno więcej.

Ten mój wandalizm był swego rodzaju... Zemstą. Zemstą na systemie za to, że muszę tkwić w dusznej salce i udawać, że słucham wszystkich tych pierdół, które wtedy sprzedawano mi jako megakurwaważne, rozliczano z ich znajomości, a których już oczywiście od dawna nie pamiętam.
Patrzyłam na coraz to nowe tematy, w duchu myśląc: na chuj mi znajomość masy molowej wodoru???, a na głos pytając Dorosłych: 
- Jak i kiedy ta wiedza przyda mi się w życiu? Oprócz "Jednego z dziesięciu"?
- Blablabla. - Odpowiadali Dorośli. - Ucz się ucz, bo nauka to do potęgi klucz!

Więc ja, zrezygnowana, trochę wkuwałam, trochę zrzynałam, zaliczałam i - wciąż nie wiedząc, po co - dostawałam tę durną piątkę. I tak do dziś, paradoksalnie - bo oceny miałam bardzo dobre i z nauką radziłam sobie nieźle - nie lubię instytucji szkoły, no tak już mam. Poważnie wątpię też w to, że będę umiała wmówić moim dzieciom, że szkoła jest super, że prace domowe są bardzo potrzebne, że w dorosłym życiu po prostu nie wypada tego wszystkiego nie wiedzieć. No bo przecież "Jeden z dziesięciu", dzieci, heloł!

Zresztą, chłopaki chyba czują pismo nosem (albo słyszeli, jak krzyczałam przez sen, gdy po raz kolejny śniło mi się, że przyszłam nago na egzamin ustny z klasycznej literatury arabskiej), bo ich kłótnie ostatnio wyglądają tak:
- Jesteś kupa.
- Ty jesteś kupa.
- A ty jesteś majtki.
- Nie, ty jesteś majtki.
- A ty... Idziesz do szkoły!
- [Płacz] NIEEEEE! MAAAAMOOO, ON POWIEDZIAŁ, ŻE JA IDĘ DO SZKOŁY!



No i tego. Wyszło jak u Chylińskiej, a ja przecież chciałam tylko przedstawić Wam moją ławę z ławki. Upolowałam ją pół roku temu na OLX za całe dwie dychy. Biedaczka była ciachnięta na śmiesznej wysokości 28 cm i cała zapaćkana olejną farbą w kolorze kupy ząbkującego niemowlęcia. Niezależnie od tego, uwiodła mnie swoją dziurką, czyli otworem na kałamarz i wyżłobieniami na obsadkę ze stalówką. No i tym, że była zupełnie wolna od wyżutych gum i wesołych siusiaków! Jak to dobrze, że nie uczył się przy niej żaden brzydki wandal... Oczywiście, tak samo jak dywanowi, ułożyłam ławeczce stosowną historyjkę, której głównym bohaterem jest szkolny konserwator, pan Marian (przez niesfornych uczniów zwany bez szacunku cieciem). Pan Marian raz na pięć lat musiał malować wszystkie ławki w szkole farbą, która akurat była w promocji, a traf (bądź też jakieś niejasne dla Mariana prawidła rynku) chciał, że zawsze był to ten sam brunatny kolor. Marian wściekle machał pędzlem, trochę dlatego, że tak bardzo marzył, by choć raz pomalować ławki na kanarkowo, na wrzosowo, na rozbielony seledyn, kawę z mlekiem lub arbuza z marakują, a tu wiecznie ten brąz i tylko brąz. Ale jednak przede wszystkim dlatego, że miał tych ławek strasznie, kuźwa, dużo do obrobienia.

To by w sumie tłumaczyło fuszerkę i kreatywne stolarstwo, jakiego polem był nasz stolik kawowy. Żeby doprowadzić go do trochę bardziej przyjaznego dla oka stanu, musieliśmy zdjąć całą farbę: była już na tyle stara i krucha, że z bukowych nóżek zeszła elegancko dzięki cyklinie, szlifierce i cierpliwości mojego Męża. Blat potraktowaliśmy żelem do usuwania starych powłok. Nie ukrywam, że trochę żałuję tej decyzji, bo bordowy pigment wylazł z farby i wniknął głęboko w strukturę drewna, sprawiając, że jego naturalna barwa była już nie do odratowania. Ale nie ma tego złego - z pomocą przyszedł poprzedzony gruntem kolor RAL 5001 z mieszalnika pewnej dobrej firmy na F. Farba, mimo iż nie pokrywaliśmy jej żadnym lakierem, sprawdza się doskonale, szczególnie, że zdarza nam się po tym blacie chodzić. Nie mówiąc o trzymaniu na nim nóg. Trzymanie nóg na stolikach to jest w naszym domu absolutny standard.

Nawet ta odratowana, piękna buczyna na nóżkach i bokach mebla była w średnim stanie. To znaczy obiektywnie średnim, bo dla mnie to istne cudo: ryski, zadrapania, ślady atramentu - to wszystko sprawia, że uwielbiam ten mebel do szaleństwa. Aby trochę przyciemnić drewno, zawoskowałam je na kolor "średni dąb". Piękny, szlachetny, nie za jasny i nie za ciemny. Na razie woskowałam i polerowałam dwukrotnie i wszystko świetnie wygląda - zobaczymy, jak mi pójdzie z dbaniem o te powierzchnie w przyszłości...

Panie i panowie, można się jarać moim cackiem z dziurką:




17.11.2016

Mieszkać jak Duńczyk #2 - Odense

Pamiętacie pierwszy post o podobnym tytule? Ten, w którym oprowadzałam Was po kopenhaskim mieszkaniu Leny, gdzie mieliśmy przyjemność mieszkać przez dwa dni podczas naszego skandynawskiego tripa. Właściwie to chciałam Wam wtedy pokazać więcej duńskich miejscówek, w których się zatrzymaliśmy, ale wówczas post zrobiłby się strasznie długi i nikt by go nie przeczytał oprócz mojej rodziny.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze, jak powtarza sobie zapewne każdy amerykański policjant parkując lodówę pod Dunkin' Donuts. Dziś pokażę Wam zatem mieszkanko w Odense - niezbyt duże, w sam raz dla takiej pary jak Jonas i jego dziewczyna, którzy mieszkają tam na co dzień. Mimo niewielkiego metrażu wnętrza wydawały mi się dziwnie przestronne i... puste wręcz. Ale może to po prostu kwestia umiaru - zapewne Jonas nie gustuje w OLX tak jak ja...

Wprawdzie dla każdego granica umiaru jest gdzie indziej, jednak bez niego nawet kolekcjonujący co popadnie antyminimalista z przekonania może łatwo zmienić swój dom w zwykłą graciarnię. Wszyscy znamy (i kochamy) te programy o zbieraczach na TLC, gdzie spod iście geologicznych warstw wintydżowych ubrań, porcelanowych kotków, pudełek po pizzy wykazujących cechy organizmu żywego i podręczników do feng shui eksperci od sprzątania wyławiają właściciela (zwykle z problemami psychicznymi), który przez kolejne pół godziny na przemian łka spazmatycznie i z pianą na ustach wyrywa z rąk sprzątaczy czterdziestoletnie pluszaki.

Umiar jest trudny, wiem. Ja sama mam problem z tym, że jak się w coś wkręcę, to po prostu płynę. Albo nawet zanim się wkręcę. W jednej minucie wpadam na pomysł własnoręcznego uwarzenia zimowego kremu do dziecięcych pyszczków, a w kolejnej "ocykam" się przed laptopem, w internetowym sklepie, z koszykiem wypełnionym komponentami za kilka stów i kursorem myszki tuż nad guzikiem "kup z obowiązkiem zapłaty".

Wy też na pewno znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do supermarketu tylko po jajka, zarzekając się: nieee no, nie biorę wózka, nie ma bata, przecież ja tylko po jajka!, a pół godziny później pot zalewa Wam oczy, kiedy tachacie cztery wypchane siaty na sam koniec parkingu. A w jednej z tych siat róg pudła z gofrownicą z promocji właśnie zrobił wielką dziurę.

Dość gadania! Oto my w Odense - mieście Andersena - i miłe mieszkanko w starej kamienicy:






14.11.2016

(Nie)idealny dywan orientalny

Gdybym urodziła się Indianką wśród Czejenów, Siuksów czy Czarnych Stóp, gdzieś na spalonej słońcem prerii, na pewno nie dostałabym żadnego z tych poetyckich imion, które wszyscy znamy z "Doktor Quinn". Nie wołano by do mnie ani Rącza Łanio, ani Szemrzący Potoku, ani Księżycowa Poświato. A nawet gdyby - zwiedzeni słodkim niemowlęcym uśmiechem - indiańscy rodzice nadali mi jeden z tych pięknych przydomków, to po latach, poznawszy się na mnie, starszyzna plemienia z pewnością zarządziłaby zmianę. I tak zostałabym Prędką Wymówką, Przekorną Wichurą, Leniwą Pumą albo po prostu Wrzodem na Dupie.

Ale luzik, nie musicie mi współczuć, bycie Wrzodem wcale nie jest takie złe. A jeśli Wrzód wie, czego chce, obstaje przy swoich postanowieniach z przekonania, a nie dla kaprysu, utrudnia innym życie w imię przyszłych udogodnień i robi im na złość, bo dąży do czegoś, w co sam głęboko wierzy, to w ogóle jest spora szansa, że na koniec usłyszy pochwałę i komplement. I jeszcze pogłaszczą go po głowie. Z obrzydzeniem, ale pogłaszczą.

Już od roku wiedziałam, że chcę mieć w domu orientalny dywan. Mimo iż salon wyglądał wówczas zupełnie inaczej niż teraz, czułam, że barwny, pstrokaty pers komponowałby się wcale nieźle. Skąd takie przekonanie? Cóż... z Pinteresta. Naoglądałam się tylu amerykańskich i - może właśnie przede wszystkim - australijskich livingów, że wzorzystego dywanu nie kojarzę już z poliestrowym wycieruchem z kiermaszu, zakrywającym klepkę u cioci Stasi z "Klanu". W ogóle mam takie krępujące poczucie, że z moimi upodobaniami wnętrzarskimi wpadłam w jakąś czasoprzestrzenną pętlę między 2013 a 2015 rokiem i już zawsze będę się miotać jak kura z obciętą głową między tymi fikusami lirolistnymi, marokańskimi pufami, farbami tablicowymi, indiańskimi strzałami i ułożonymi warstwowo kilimami. Aż w końcu wykrwawię się na jednym z nich.

Kiedy do naszego "dużego pokoju" powoli i stopniowo wjeżdżał meblowy i dekoracyjny miszmasz, kiedy stało się jasne, że idziemy w stronę barwnego eklektyzmu z lekkim jajem, dywan orientalny stał się po prostu masthewem. Zaczęłam więc przeglądać OLX w poszukiwaniu szczęścia i - jak zwykle - znalazłam go tam sporo. Chyba ze 20 dywanów w odcieniach czerwieni, nie droższych niż 300 zeta wylądowało w moich Obserwowanych. Mąż na ich widok wzdrygnął się z obrzydzeniem, a gdy zdołał zwalczyć odruch wymiotny, powiedział tylko, że "brzydkie". Wtedy ja w najbliższej budce telefonicznej raz-dwa przywdziałam mój kostium i już jako prawilny Wrzód na Dupie, w grejpfrutowym płaszczu i białym berecie, rozpoczęłam wiercenie mu dziury w brzuchu. A kiedy i to nie pomogło, po prostu poczekałam na wypłatę (jego) i ruszyłam na drugi koniec miasta po łup.

Wraz z dywanem niestety nie dostałam żadnej fascynującej historyjki, ułożyłam ją więc sama. Ponieważ wyrób jest ręcznie tkany, bardzo niedoskonały i nierówny (uwielbiam takie), wymyśliłam, że był to pierwszy dywan utkany ręcznie przez młodego chłopaka z biednego domu gdzieś w manufakturze na afgańskiej czy tureckiej wiosce. Za swoją pierwszą wypłatę nasz Abdul Aziz kupił młodszemu bratu parę sportowych skarpet ze znaczkiem prawie Nike'a, nowy garnek dla mamy, talię kart dla ojca i małego, zdalnie sterowanego drona. Przez tę bajeczkę zżyłam się z owym kawałkiem wełny (skład sprawdziłam iście średniowiecznym testem ognia; w skrócie: jak śmierdzi palonymi włosami, znaczy wełna) jeszcze bardziej i choć nie do końca pasują mi jego odcienie, ciężko będzie mi się z nim kiedyś rozstać (a kolejka chętnych z każdym tygodniem się wydłuża). Tym bardziej, że nawet mój mąż powiedział ostatnio, że mu się podoba! O ile wyznania czynione po dwóch piwach można w ogóle brać na poważnie...

Powiedzcie "cześć" wytworowi zręcznych palców skromnego Abdul Aziza o wielkim sercu:



11.11.2016

Nasza łazienka #1 - inspiracje

Kochani, piszę dziś do Was wprost z otchłani mojej wanny, mając wielką nadzieję, że jest to jedna z moich ostatnich kąpieli. W niej.

[Tu muszę wtrącić mały disclaimer-dygresyjkę. Bardzo dawno temu (jakoś wtedy, gdy ostatni dinozaur dogorywał w męczarniach) kupiłam sobie czasopismo dla panów. Nie, nie dla panów. Dla mężczyzn (sorry, ale jednak "dla panów" brzmi jakoś obleśnie). W miesięczniku owym przeczytałam, że to działa pobudzająco na wyobraźnię faceta, jeśli mu się np. podczas rozmowy telefonicznej (no mówiłam, że to było w tych zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze ludzie do siebie dzwonili!) ot tak, mimochodem, wspomni, że się akurat siedzi w wannie. Bo on sobie od razu wizualizuje i... wiadomo.

Piszę to asekuracyjnie, by na wszelki wypadek - gdyby okazało się, że wtedy, w okresie jurajskim, ktoś z Was czytał tę samą gazetę i gotów źle zinterpretować moje wyznanie - zaprzeczyć z góry wszelkim pomysłom tego rodzaju. Niczyjej wyobraźni tu pobudzać nie zamierzam, a przynajmniej nie tych płatów mózgowych odpowiedzialnych za przedłużanie gatunku. A jeśli ktoś - na własną odpowiedzialność - bardzo chce sobie wizualizować, niech nie zapomni uwzględnić pływających wokół mnie okruchów rogalika francuskiego (#mniam) oraz słodkawego zapachu czarnej pleśni, która zamieszkała pod wanną (#wogóleniemniam).]

Tym sposobem, po rekordowo krótkim wstępie, dopływamy do brzegu. Bo wspomniana pleśń w połączeniu z wielką dziurą wybitą przez nas w miejscu stelaża WC by powstrzymać zalewanie sąsiadki (Ding dong dzień dobry mam zaciek na suficie wie pani coś na ten temat? - Znacie to?) uczyniła remont łazienki najpilniejszą ze spraw na naszej liście to-do. Dekory z motywem bambusa i umywalka sięgająca mi do pół uda też się do czary goryczy dołożyły.

Co zatem robi przykładny bloger przygotowując się do remontu łazienki? Primo, sprzedaje nerkę. Secundo, przegląda Pinterest. Tertio, rozsyła maile do autorów ulubionych inspiracji z prośbą o pozwolenie na publikację zdjęć. To coś po tertio, dzieli się z Czytelnikami pomysłami na wnętrze, którego i tak mieć nie będzie, bo jego łazienka nie ma okna, za to ma jednocyfrową ilość metrów kwadratowych.


Oto, co mnie inspiruje:


JODEŁKA, RYBIA ŁUSKA I KOLOR





[Zdjęcie: James Balston]

[Zdjęcie: Carola Ripamonti; proj. "Metaphysical Remix - Apartment in Turin" Marcante-Testa (UdA Architects)]

[Zdjęcie: INT2architecture]



DREWNIANE BLATY

[Zdjęcie: Rhiannon Taylor]

[Zdjęcie: Truth & co.]

[Zdjęcie: Mallory Nicole Wright, proj. Trio Design]



ZŁOTA ARMATURA


[Zdjęcie: Michael Graydon]



WZORZYSTE PODŁOGI

[Zdjęcie: Arden Wray]


[Zdjęcie: Erin Williamson]



KOMODY

[Zdjęcie: Casey Keasler]

[Zdjęcie: Tessa Neustadt, proj. Emily Henderson]

[Zdjęcie: Royal Roulotte]



EMALIOWANE UMYWALKI

[Zdjęcie: Jessica Pages]


Z całą pewnością mogę obiecać, że nie wszystkie z tych pomysłów da się realnie wcielić w życie w naszej narażonej na destrukcyjne siły mikrołazience. Ba, nie wszystkie te rzeczy chciałabym mieć. To po prostu wizje, które przewinęły mi się przez głowę i spodobały. Większość z nich jest już dobrze znana, a nawet deczko wyświechtana (żeby nie powiedzieć, że zajechana jak sandały Araba), ale - takie mam wrażenie - niekoniecznie w Polsce. W Polsce królują białe fazowane subway tiles, imitacja betonu na podłodze i drewniane akcenty. A mi się marzy... kurna chata... coś innego.


[Wszystkie zdjęcia zostały użyte za wiedzą, zgodą i  błogosławieństwem ich Autorów.]