30.10.2016

Nasza wspólna przyszłość

Jedno moje ja mówi, że ten post jest w ogóle niepotrzebny i że tylko winni się tłumaczą. Ale drugie, to niepewne, zakompleksione i, generalnie rzecz ujmując, życiowo obsrane, czuje, że musi. Że ja muszę te słowa napisać, opublikować, aby nie było nieporozumień. Żeby oburzeni i zniesmaczeni mogli odejść, a cała reszta - wzruszyć ramionami lub poklepać mnie ze zrozumieniem po plecach i świadomie ze mną w Piątym Pokoju zostać.

Bo widzicie, uznałam, że wkładam w ten mój Piąty Pokój już tyle pracy, zaangażowania i wysiłku (a przecież to się zawsze odbywa jakimś kosztem, bo mam wszak etat, rodzinę i niepełnosprawnego kota, a czas blogowy wykroić trzeba z innych "czasów"...), że pora postanowić: wóz czy przewóz. I albo sobie tę pisaninę darować (z bólem serca, ale jednak), a zaoszczędzony czas spożytkować na czytanie książek i biegi przełajowe, albo wynieść to na wyższy poziom i zacząć mieć z tego coś więcej niż satysfakcja.

Co miesiąc zagląda tu kilkanaście tysięcy osób. Statystyki mówią, że większość wraca regularnie, więc nawet jeśli założymy, że połowa z nich po przejrzeniu kilku postów tylko przewraca oczami i z niesmakiem zamyka okno przeglądarki, to druga połowa ma do Piątego Pokoju ciepłe uczucia. Albo przynajmniej: jest otwarta na moje propozycje. Połowa, czyli kilka tysięcy. Myślicie, że mam co miesiąc kilka tysięcy komentarzy? Jak sądzicie, jaki procent promil czytelników zostawia jakiś ślad swojej obecności? Owszem, dostaję trochę maili, ale głównie są to maile z pytaniami i prośbami o pomoc, poradę. I ja na nie wszystkie odpowiadam - po to tu jestem i sama do tego pytania zachęcam. Zżyłam się z Wami na dobre i - nie ukrywajmy - nie dla siebie piszę tego bloga, tylko dla Was, dla każdej osoby, która zechce tu zajrzeć. Gdyby tak nie było, to posty zaczynałyby się od "Kochany pamiętniczku, dziś znów śnił mi się Mark Wahlberg" i pisałabym je na kolanie, w zeszyciku. Mam nadzieję, że zdarza się Wam stąd coś raz na jakiś czas wynieść: darmowy plakat, inspirację, pomysł na DIY, przemyślenia albo przynajmniej dobry humor. Dlaczego i ja nie miałabym czegoś zyskać?

Czy uważacie, że bloger, pisząc sponsorowane posty, postępuje źle? Niemoralnie? Pazernie? Że się sprzedaje i kurwi? Zaobserwowałam bowiem, że każdy twórca, który wynosi swoje blogowanie na wyższy poziom, przekształca to zajęcie w regularną pracę i zamierza zacząć na swojej działalności zarabiać, musi popełnić posta, w którym tłumaczy się z tej decyzji. Tak jak ja niniejszym (ku własnemu zażenowaniu) czynię. Inaczej zarzuca się mu, że taki był w porzo, ale się sprzedał, że blog to nie tablica reklamowa, że ufać mu nie można, bo dostał za to kasę. Mam ochotę złośliwie napisać, że zazwyczaj takie wyroki ferują ze swej łysej, wypierdzianej kanapy zgorzkniałe Waldki, które też chciałyby mieć spoko bloga, mieć o czym pisać, co pokazywać i chciałyby na tym zarabiać. Ale nie mogą, bo im kaszanka stygnie i Pamiętniki z wakacji uciekają.

Blog taki jak mój to naprawdę nie jest dzienniczek pensjonarki pisany na korytarzu między algebrą a francuskim, tylko kupa roboty. Stworzenie ostatniego posta DIY zajęło mi cały dzień (przygotowanie planu i komponentów, odpowiednie sfotografowanie procesu tworzenia, pogodzenie się z porażką, gdy pomysł zawiódł i wymyślenie kolejnego DIY, a następnie od początku: plan, foto sesja, obróbka zdjęć i tekst od serca, a nie na odpierdol). Calutki. Dzień.
Nie chcę oczywiście pisać teraz, jak mam ciężko, bo primo: sama chciałam, secudno: problemy blogerek to naprawdę #firstworldproblems, serio. Nie jestem pielęgniarką geriatryczną ani górnikiem na przodku, żeby się nad swoim losem móc użalać. But still, roboty jest przy tym nieskończenie wiele. Kolejny etacik jak nic.

A więc tak, w Piątym Pokoju będą się pojawiały posty sponsorowane. Niezbyt często, niezbyt nachalnie, ale będą. Lecz nie martwcie się, nie zacznę Wam nagle wciskać głodnych kawałków o tym, jak z uśmiechem na ustach fruwam na nowym mopie marki X, a wokół mnie brokatowe jednorożce wirują w magicznym tańcu liżąc się po... (ekhem, może nie płyńmy w to głębiej). Po pierwsze, bo nie będę pokazywać rzeczy, których i tak bym nie użyła i które są sprzeczne z moim stylem życia i światopoglądem (a mop jest sprzeczny). Po drugie, bo nie zamierzam pisać, że coś jest zajebiste, jeśli zajebiste nie jest. Po trzecie, bo zapewne większość współprac będzie indukowana z dołu, przeze mnie, więc będą to rzeczy, których naprawdę używam lub chorobliwie pożądam (na przykład szary papier toaletowy, ten z wiewiórą. Halo, Producencie, tu jestem!) No i po czwarte, bo umiem zrobić to tak, by było subtelnie, smacznie i niebazarowo: przykład i drugi przykład.

Bardzo Was zatem proszę o zaufanie. Jeśli wierzycie w moje wyczucie dobrego smaku, w mój umiar i mój moralny kręgosłup, nie lękajcie się. Przeciwnie, zachęcam Was do tego, żebyście trzymali kciuki za mnie i za to, co przede mną, bo być może pozwoli mi to kiedyś porzucić etat i utrzymywać się z tego, w czym naprawdę czuję się mocna. Chyba życzymy sobie nawzajem dobrze, hm?

To co, Kochani, sklejamy pionę i palimy faję w pokoju fajkę pokoju, czy jednak foch?

P.S. Wrzucam zdjęcie z oazy, bo nic innego nie miałam pod ręką.



26.10.2016

Lody na niepogodę - tutorial DIY


Lody kojarzą mi się z dzieciństwem, to chyba oczywiste. I z latem, co oczywiste jeszcze bardziej. Wszystkie wakacje moich szczenięcych lat spędzałam u Babci i Dziadka, w małym miasteczku na granicy Mazowsza i Kurpi. Szacunkowe dane mówią, że zeżarłam tam około dziewięciuset sztuk lodów. Aczkolwiek mogę się grubo mylić - ta runda Szalonych Liczb, w której Dusia i January do spółki z bobrem zmuszali dzieci do szacowania, zawsze wydawała mi się najtrudniejsza.

Nie o Januarym jednak chciałam tu pisać, a o dziadkach moich. Mój Dziadek był bowiem arcyzajebistym gościem, każdy Wam to powie (no, może oprócz Babci). Wprawdzie marzył o wnuku, ale i ze mną źle nie miał. Ja z nim tym bardziej - rozpieszczał mnie, jak umiał. Co rano kładł mi na poduszce drożdżówkę w kształcie kaczki, choć Babcia krzyczała, że okruchy! i że daj dziecku spać! A spać się nie dało, bo od zapachu tej buły z kruszonką i lekko święcącą, brązową skórką budził się żołądek i stanowczo dawał znać o swoich potrzebach. No a poza tym Dziadek kaszlał i szurał jedynym kapciem (bo wiecznie marzł w jedną stopę), więc c'mon - jak tu spać? Otwierał więc człowiek oko i ucho, a ze starego radyjka w kuchni docierała doń poleczka Lata z Radiem, której Babcia akompaniowała miarowym stukotem noża o blat stołu. Aha, krajanka, myślał człowiek, gryzł kaczkę i z poczuciem, że chyba już szczęśliwszym być nie można, zasypiał jeszcze na godzinkę, by śnić o zbliżającym się na drugie śniadanie rosole. U babć przecież zupa jest najpóźniej o 11:00.

Na śniadanie najchętniej jadałam kanapki z gigantycznego, okrągłego bochna, który Dziadek kroił, opierając go na swym równie wielkim brzuchu. Do tego centymetr masła i pomidor (z działki, jeszcze zielonkawy). Z parapetu (zewnętrznego! pochyłego! na trzecim piętrze! nad chodnikiem!) Dziadek zdejmował szklany dzbanek ze słabą herbatą (którą raczył się na zmianę z tłustą śmietaną) i częstował. Kilka łyków w pośpiechu i można już było pędzić na dwór, podkradłszy uprzednio z szuflady kolejną babciną łyżkę - do kopania tuneli w piaskownicy.

Największym świętem dla Dziadka była oczywiście comiesięczna wizyta listonosza z grubą kopertą (a po denominacji już nie tak bardzo grubą). Część emeryturki upychał po kieszeniach spodni (Dziadek, nie listonosz), część oddawał Babci, a resztę wręczał mi: paczka Popularnych dla niego, reszta hajsu dla mnie. No rewelacja, wszystkie chemiczne słodycze moje - pani w sklepiku na rogu musiała się cieszyć nie mniej niż ja.

Za te pliki Koperników i Wyspiańskich często-gęsto kupowałam lody Calypso pakowane - wzorem kostki margaryny - w srebrny papierek. Albo takie na patyku, jak głowa misia, których nazwy za cholerę nie pamiętam. Czasami robiłam sobie daleką wyprawę, aż pod pocztę, by w maleńkiej, zielonej budce (nie mylić z Zieloną Budką) kupić najpyszniejsze domowe lody ever. Dostępne tylko w trzech smakach: śmietankowym, kakaowym i enigmatycznym owocowym. Dość zbite, mocno zmrożone i nie tak puszyste jak dzisiejsze gałki, ale doskonałe w smaku. Celem niedzielnych spacerów była zaś najbardziej ekskluzywna cukiernia w mieście. Biały budynek, w stylu kojarzącym mi się wówczas co najmniej z Taj Mahal, do którego wchodziło się po wypasionych schodach ozdobionych grubymi, pobielonymi wapnem tralkami. Nie pamiętam smaku samych lodów, pamiętam jedynie odświętność całej sytuacji i nabożność, z jaką brałam wafelek od wystrojonej w śnieżnobiały czepek ekspedientki.

Cholernie żałuję, że moje dzieci nie poznały pradziadka. Dużo im o nim opowiadam i będę opowiadać: o tym, że w młodości znalazł w lesie krasnoludka, że jako dziecko ukrywał się przed UPA, a jako dorosły - przed księdzem chodzącym po kolędzie. No i że zawsze leczył ból gardła jedząc lody. Bo nawet jeśli nie wyleczą, to przynajmniej humor poprawią!


Do wykonania wiszących lodów potrzebne będą:


  • dzianinowe sznurki (zwane t-shirt yarn lub zpaghetti) od Bobbiny.pl
  • plaster drewna (jeśli dekoracja ma wisieć nad dziecięcym łóżeczkiem, użyjcie czegoś lekkiego, np. tamborka)
  • szary papier
  • żyłka i koraliki
  • klej do papieru (ja użyłam kleju w sprayu)
  • pistolet na gorący klej
  • wiertarka
  • nozyczki



Z papieru wycinamy półkola, zwijamy w kształt rożków i sklejamy brzeg.


Sznurki zwijamy tak, by powstały okrągłe lodowe gałeczki.

Przebijamy kulki ostrą igłą z nawleczoną żyłką; na końcu żyłki wiążemy porządny supeł.

Wbrew temu, co widzicie powyżej, klejem posmarujcie brzeg rożka od wewnątrz. Wklejcie gałkę, uważając, żeby żyłka znalazła się idealnie na górze kulki - od tego zależy, jak będzie się "układał" cały lód, gdy zawiśnie.


W drewnie wywierćcie dziury. Aby mocowanie żyłki nie było widoczne, zastosowałam następujący patent: od góry nawierciłam otwory do połowy głębokości plastra grubym wiertłem (5mm). Następnie zmieniłam wiertło na małe (2,5mm) i przewierciłam się przez otwory już na wylot. Wkładałam żyłkę od dołu, na pożądanej wysokości zawiązywałam na niej koralik odpowiednio duży, by nie wypadł przez mały otwór, ale na tyle mały, by ukrył się w szerszej części dziurki. I właaa-la:



Post powstał we współpracy z marką Bobbiny.pl




10.10.2016

Czołem! Czyli niełapacz snów - tutorial DIY

Oczywiście, jak każdy z Was, mam w domu łapacz snów. Pamiętam nawet wieczór, kiedy go robiłam: siedziałam w salonie, a z telewizora Daniel Day-Lewis jako Ostatni Mohikanin rozpraszał mnie swą obnażoną klatą. Niezły zbieg okoliczności, prawda? Moje życie jest ich pełne. Kiedy - mimo problemów ze skupieniem - skończyłam pleść, wiązać wstążeczki i doczepiać pióra, byłam z siebie cholernie dumna... przez jakiś kwadrans.
Potem przyszedł do domu mój Mąż.
Niby nic nie powiedział wprost, niby na pytanie jak Ci się podoba? odpowiedział że spoko, ale jednak minę miał taką... Taką, jakby podczas audiencji Królowa Elżbieta II spytała, jak mu się beżyk jej rajstop podoba i czy aby nie za mało kryjące. No i czy on lubi z niskim stanem, bo właśnie pierwszy raz kupiła biodrówki - w poprzednich to jednak gumka ciut ją piła pod biustem. Wtedy - widzę to oczyma wyobraźni - ze swej wąskiej palety uśmiechów mój Mąż wybiera i przywdziewa ten najmniej wypukły (taka bardziej kreska na monitorze po nieudanej reanimacji pacjenta niż wesoła parabola z lekcji matematyki) i najbardziej powściągliwy. Ale uprzejmy. I balansując słowem jak foka piłką we włoskim cyrku, mówi:

Wyborne rajty, Jor Madżesti.
lub też:
Spoko łapacz, Kochanie.

Kocham te jego białe kłamstwa. I bardzo chętnie w nie wierzę. Łapacz wisiał więc dumnie w bawialni Chłopaków przez niemal dwa lata i cieszył moje oczy. A kiedy kilka razy, zmęczona udawaniem, że pasjonuje mnie walka ulepionego z ciastoliny Spidermana z wyciętym z papieru Venomem, zasnęłam na wykładzinie, dzielnie strzegł moich snów.
Ostatnio, grzebiąc w wielkim (bezdennym niemal) pudle z napisem "zbędny szit na czarną godzinę", znalazłam kilka komponentów, z których wykonałam prostą ozdobę do pokoju dziecięcego. Trochę zbliżoną konstrukcyjnie do łapacza snów. Proces tworzenia zaskoczył mnie w kilku punktach i teraz zrobiłabym wszystko nieco inaczej, dlatego przedstawię Wam instruktaż opisujący, jak powinno się taką ozdobę zrobić, a nie jak ja ją robiłam.

Do wykonania ozdoby potrzebne będą:

  • tamborek
  • plastikowe literki (u mnie: kiepskie jakościowo magnesy, które wiecznie odpadały z lodówki)
  • farba w sprayu
  • żyłka
  • zapalniczka, igła, naparstek
  • sznurek do zawieszenia tamborka


Jako fanka anagramów, szarad i jolek z przymrużeniem oka, z posiadanych liter ułożyłam całe mnóstwo wyrazów. Ostatecznie, CZOŁEM wygrało m.in. z "glutkami" i "kubłem". 


Ja od razu wzięłam się za malowanie, ale był to błąd. Najpierw usuńcie magnesiki i rozgrzaną igłą czy innym metalowym szpikulcem zróbcie dziurki, przez które następnie przeciągniecie żyłkę (najlepiej przy pomocy igły i naparstka).


Ewentualne nierówności spiłujcie pilniczkiem lub papierem ściernym. Rozmieszczone na żyłce litery można teraz spryskać farbą w sprayu. Z boku zostawcie sobie długi "ogon" z żyłki - tę część, która ubrudziła się wraz z literami, trzeba będzie odciąć i wyrzucić.


Po wyschnięciu plastiku możecie już wziąć się za zainstalowanie napisu w okrągłej ramce. Wystarczy kilkakrotnie owinąć i zawiązać żyłkę wokół obręczy, z dwóch stron. I założyć drugą część tamborka.


Do powieszenia ozdoby wybrałam długi bawełniany sznurek, ale równie dobrze możecie użyć niewidocznego haczyka lub małej pętelki ze wstążki. 

Gotowe!

Wybaczcie mi jakość zdjęć - fotografowanie białej ściany jesienią to jedna z moich najgorszych traum. 
06.10.2016

Norweskie lato na jesienną deprechę

Wczorajszy wieczór miałam skrupulatnie zaplanowany (batoniki --> komputer --> publikacja wpisu --> radość z potoku lajków na FB --> samozachwyt --> więcej batoników), ale niespodziewanie przytrafiła mi się babska przygoda w zimnie i ulewie, w towarzystwie mojej Mamy i Bratowej. Przepiździło nas solidnie w imię ratowania mebla, który zamieszka w jadalni moich rodziców (Tato, im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej). Pamiętajcie, są trzy rodzaje mebli, dla których warto postać godzinę na deszczu, kiedy real feel według TVN Meteo wynosi -1°C: tanie, wyjątkowe lub z potencjałem. Nasza dzisiejsza witrynka z OLX zalicza się do pierwszej i trzeciej kategorii. Niby zwykła sosna, ale będą z niej ludzie. Wybaczam jej nawet fakt, że nie zmieściła się do mojego auta, grzebiąc głęboko pod ziemią moje przekonanie, że jeżeli tego bardzo zapragnę, to zmieszczę w nim całe OLX.


Skoro nie udało się wczoraj, to dzisiaj chciałabym zaprosić Was do Norwegii na uspokajający seans wizualny w stuletnim, drewnianym domu, w którym mieszkaliśmy w te wakacje. Domem opiekuje się moja... ekhem... jątrew. Czyli, mówiąc po ludzku, partnerka stryja moich dzieci (czy to jest dość po ludzku?) Kiedyś w tym budynku mieścił się mały pensjonacik dla gości odwiedzających położone u jego stóp jezioro Suldalsvatnet. Jezioro jest niestety lodowate przez okrągły rok, ale widoki rekompensują wszystkim nie-morsom tę niedogodność. Nie wiem, jaki żywioł jest przypisany do Koziorożców, ale z pewnością nie jest to woda - dlatego też sama jestem zaskoczona, że poranny widok z okna na rozpościerającą się poniżej taflę, robił na mnie tak ogromne wrażenie. I nadal robi, nawet na zdjęciach.


Takiego ukojenia i pocieszenia bardzo teraz potrzebuję. Bo jest mi źle. Serio, jesień sprawia, że wyrażenie "pozytywne nastawienie" brzmi dla mnie obco jak dla niektórych "siena palona". Czasem jest to zwykły smuteczek, że zimno, że daleko do wiosny, że kiedy ja znowu zjem kiełbadrona z grilla i poziomkę z ogródka, a innym razem czuję, że z tego żalu i tęsknoty za ciepłem, latem i słońcem lada chwila pęknie mi serce. No rozpuknie się jak purchawa i cześć. 


Do tego oczywiście dochodzą czynniki społeczne, polityczne, ciężkie tematy w mediach, niepewność, co przyniesie przyszłość i facebookowy profil Terlikowskiego - nic, tylko wilczych jagód się najeść, popić białym winem i kulturalnie sczeznąć na kanapie. I wcale nie pomagają mi te Wasze instagramowe piękne, kolorowe zdjęcia obsypanych rudym listowiem drzew, ludzików z kasztanów, stóp w wełnianych skarpetach z bazaru, ciast ze śliwkami i jedzących z ręki wiewiórek (zapewne z wścieklizną). Ani te pełne przekonania podpisy, że jesień jest piękna, że oborze, że jakaż ona złota i jakaż och ach polska. Jesień, moi drodzy...
Jesień ssie.


I dlatego oglądam sobie te zdjęcia. Bije z nich ciepło, bezpieczeństwo, spokój. A kiedy patrzę na lustro jeziora i odbite w nim góry, czuję ogrom i bezkres doskonałego ZEN. To nic, że tamto lato to niemal jak nasz październik. Samo patrzenie i przywoływanie w pamięci tych widoków mnie uspokaja. 
I nawet Terlikowski mi już nie straszny. Niech go jesień pochłonie.


...jestem jakaś nienormalna, czy na Was też to działa kojąco?