30.01.2017

Ciemnozielona ściana, czyli rzecz o modzie i narkotykach

Z modą jest trochę jak z zażywaniem narkotyków - w głębi duszy pewnie każdy chciałby spróbować, powiedzieć, że wie, że się zna, że on też. I choć fajnie by było móc mrugnąć okiem do znajomej, pochwalić się przed kumplem z ławki, opowiedzieć to i owo na rozmowie o pracę, to jednak publicznie o tym mówić jakoś... nie wypada. Bo "Dzieci z dworca ZOO", bo zażywasz-przegrywasz, bo Whitney Houston wreszcie. I Kurt Cobain. Nie każdy poklepie Cię po plecach i porozumiewawczo wyszczerzy zęby: mama Cię wydziedziczy, babcia dostanie zawału, a młodszy brat powie, że żadna substancja nie przebije Minecrafta.

Bycie modnym, trendi, dżeziw dechę (tak wnętrzarsko, powiedzmy) jest równie problematyczne. Nie, nie równie. Jest o wiele bardziej pojebane. Każdy by chciał, ale prędzej zginie, niż to przyzna. Ci, którym najbardziej zależy na gonieniu za modą, najgorliwiej się tego wypierają. Inni wszem i wobec opowiadają, o ile lat wyprzedzili trendy (pragnę zauważyć, że wyprzedzenie trendu o zbyt wiele lat raczej jest failem), bo chcą udowodnić, że oni byli najpierwsi i najtrendi, i w ogóle to oni sami wszystko wymyślili w '92 na zetpetach. W dobrym tonie jest prześciganie się w żarliwych zapewnieniach, kto bardziej modą gardzi. Niektórzy są dość modni nawet o tym nie wiedząc, bo po prostu kopiują to, co widzą dookoła. Albo kupują, co się nawinie, a nawija się zazwyczaj to, co jest akurat w modzie. Do tego dochodzą reakcje odbiorców: od zachwytu po pogardę. Można dostać lekkiej schizy, całkiem za darmo. I na darmo.

Moja recepta to - jak zwykle - poluzowanie gumy w majtach. Ja nie boję się i nie wyrzekam trendów i mód. Uważam, że nie sposób przed nimi uciec, nawet mając własny, bardzo wyrazisty i indywidualny styl - choćby z przytoczonej powyżej przyczyny, że rzeczy na topie są łatwiej dostępne i same nas atakują. Podoba mi się bardzo wiele produktów, pomysłów i tendencji "modnych", bo jestem nimi bombardowana i czasem ciężko nie ulec. To taki syndrom inżyniera Mamonia:

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. 
No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?

No jakże? 
Dlatego, jakem Mamoń z krwi i kości, każdy wnętrzarski motyw, który widziałam więcej niż 100 (ale mniej niż 51700) razy bardzo mi się podoba. I nie wstydzę się tego.

Mam w sobie zarówno potrzebę bycia w jakimś stopniu na bieżąco i za pan brat z trendami, jak i podążania pod prąd, ale to wszystko bez radykalizmu, z umiarem. Z reguły ważne jest dla mnie, żeby nie brnąć w tendencje gasnące, takie Czerwone Olbrzymy wnętrzarskiej mody. Nie chciałabym zostać wessana przez czarną dziurę żenady, gdy taki wyeksploatowany Olbrzym imploduje zmieniając się w Białego Karła. Kiedy na Zachodzie jakiś trend odchodzi, w Polsce mamy zazwyczaj jeszcze trochę czasu na cieszenie się nim, zanim z pierwszych stron magazynów trafi, biedak, do Wielkiego Lamusa Obciachu. Nie mam jednak tyle czasu, pieniędzy i mocy przerobowych, żeby - jak seryjny morderca - od razu zacierać w moim mieszkaniu ślady po martwych trendach. Mam w domu tyle chevronów i cotton ballsów, że można się u mnie poczuć jak w wehikule czasu zapętlonym na 2012 roku. Kiedyś sobie wszystko powymieniam, na spokojnie. Bez ciśnienia.

Staram się też trzymać z dala od tematów wyświechtanych i wytartych jak droga na Morskie Oko - nie wstydzę się tego przyznać. Nie jestem snobem, ale wolę nie być milionową osobą, która ma w domu ten czy inny modny gadżet. Nie ma we mnie jednak żadnego zaślepienia - kiedy coś wyjątkowo mi się podoba albo mam do tego osobisty stosunek, nikt i nic nie jest w stanie mi tego obrzydzić, choćbym to samo zobaczyła w scenografii "Klanu". I to w którymś z pierwszych odcinków.

Na przykład lada chwila (czyli - tak realnie - w 2018/2019) zamierzam zostać akolitką Kościoła Ciemnozielonych Ścian, mimo że nie będę pierwsza, dziesiąta ani nawet setna. Bo tak, bo mi się podoba, bo widziałam u Stasi i Danusi i był sztos. Zieleń, jak pokazuje nawet tegoroczny wybór PANTONE, święci coraz większe triumfy, a ciemnozielone ściany stają się powoli równie popularne, co granatowe. Już niedługo będzie można spokojnie szastać hasztagiem #darkgreenisthenewnavyblue! Dopóki na scenę nie wejdzie jakiś nowy kolor - wówczas bez skrupułów zmienię wyznanie i złapię za wałek.
  
[Zdjęcie: Ola Mikszo - Ola Em's Home, @olekmanolek]

[Zdjęcie: Paulina Jaworska - Style Recital]

 [Zdjęcie: Ola Munzar, projekt: Borysewicz i Munzar]

[Zdjęcie: Elżbieta Chudzicka, Mateusz Chołys - wnetrznosci.com]

 [Zdjęcie: Katarzyna Ślotała - Speckled Fawn]

[Zdjęcie: Kasia Bobocińska-Czerwińska - Conchita Home]

[Zdjęcie: Izabela Perez-Harriette, stylizacja: Beata Trzebiatowska, Marta Janowska i Izabela Perez Harriette]

[Zdjęcie: Margo Hupert]

 
[Zdjęcie: Kristiina Kurronen, stylizacja: Susanna Vento via dekolehti.fi]



Bardzo mnie ciekawi, jak to wygląda u Was. Zróbcie sobie, tak jak ja, rachunek sumienia i przyznajcie: gonicie za trendami, wstydząc się jednocześnie do tego przyznać? A może zupełnie nimi gardzicie i wiosłujecie pod prąd? I - przede wszystkim - czy ma to dla Was w ogóle jakieś znaczenie?


[Wszystkie zdjęcia, z wyjątkiem zdjęć osadzonych za pośrednictwem serwisu instagram.com, zostały użyte za wiedzą, zgodą i błogosławieństwem ich Autorów.]


Za każdym razem, kiedy udostępniasz ten wpis,
ocalasz czyjąś ścianę przed sraczkowatym beżem.

Ratuj ściany, szeruj Piąty Pokój!

20.01.2017

Wyniki ankiety, czyli dlaczego nie warto pytać innych o zdanie

Nie wiem, kiedy dokładnie skończyło się moje dzieciństwo: kiedy przestałam ślinić końcówki wyschniętych flamastrów czy ostatniego dnia listopada 2016, gdy czytałam Wasze odpowiedzi na moją ankietę. To był chyba pierwszy raz, kiedy musiałam stawić czoło tylu jednoczesnym opiniom na swój temat. Dzień, w którym opublikowałam owego posta, był dla mnie psychiczną rzeźnią - tak bardzo się przejmowałam wszystkim, co pisaliście i jeszcze napisać mogliście, że poważnie rozważałam napisanie petycji do piekła, żeby mnie pochłonęło w trybie natychmiastowym.

Tak, moja reakcja zdecydowanie mnie zaskoczyła. Drugim, co mnie zdziwiło, była ilość odpowiedzi - w tydzień uzbierało się ich ponad czterysta pięćdziesiąt. Przebicie się przez ten gąszcz informacji było bardzo wymagającym zadaniem. Jakże się kiedyś myliłam, sądząc, że nie ma nic trudniejszego do ogarnięcia umysłem niż instrukcja obsługi klimatyzacji  w Toyocie... Studiowanie pytań otwartych w ankietach jest znacznie gorsze. Jednak udało się: wiem już o Was wszystko, a Wy wiecie, że ja wiem, co myślicie o Piątym Pokoju.

Jeśli jesteście ciekawi statystyk, możecie prześledzić je tutaj: ANKIETA - STATYSTYKI. W skrócie można powiedzieć, że modelowy Czytelnik Piątego Pokoju to wcale nie Czytelnik, a Czytelniczka - z (dużego) miasta, koło trzydziestki, własnoręcznie urządzająca swoje - przeważnie skandynawskie - wnętrza. Do Piątego Pokoju zagląda od kilku miesięcy, ale z zaskakująco dużą częstotliwością - coś między "raz na tydzień" a "codziennie". Wiecznie spragniona nowych wpisów, nie daje się nastraszyć nawet dosadnym językiem moich postów. Aż 84% respondentek nie zostawia komentarzy na blogu - i o ile rozumiem te z Was, które "nie mają nic ciekawego do powiedzenia i te, które "wkurza procedura logowania", o tyle każdą, która wpisała "wstydzę się", odszukam i osobiście pacnę w czoło! No niech mnie drzwi ścisną, jak mawiał Sknerus McKwacz... Zostawcie sobie wstyd na wizytę u proktologa - w Piątym Pokoju, dekretem fundatorki, obowiązuje ekshibicjonizm. I nie tylko fundatorkę przecież!



POZYTYWY


Podejrzewam, iż większość z Was obawiała się, że mimo zapewnień ankieta nie jest anonimowa i że moi obwieszeni złotem koledzy w klapkach KUBOTA, z pitbullami na smyczach, znajdą i dojadą wszystkich hejterów, narzekaczy i malkontentów. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że 95% feedbacku to były bardzo miłe słowa? Dostałam od Was bardzo silny pozytywny przekaz: że lubicie czytać moje teksty, że posty Was rozweselają, że odbieracie mnie jako normalną, nie wyidealizowaną osobę i widząc w moich wadach odbicie własnych, przeżywacie katharsis (no dobrze, to akurat troszkę zmyśliłam...).

Paradoksalnie, to było właśnie to, co mnie najbardziej rozstroiło. Poczułam nieznaną mi wcześniej odpowiedzialność i obawę. Cały dzień płakałam Mężowi w koszulę: Hare Kriszna, co to będzie, jak oni odkryją, jaka jestem chujowa i nudna? Że na żywo z moich żartów śmieję się tylko ja sama...? I że odpadają nam cokoły przypodłogowe w salonie? No tragikomedia, mówię Wam. Ktoś powinien był mnie wtedy nagrywać.

Bardzo miło zdziwiły mnie też odpowiedzi na pytanie, co Was denerwuje w Piątym Pokoju, bo oprócz takich, gdzie respondenci faktycznie wylewali swoje żale (o tym później), zdecydowany laur pierwszeństwa zgarnęło narzekanie na małą częstotliwość wpisów. Biorę to oczywiście za dobrą monetę, bo to musi oznaczać, że macie chrapkę na więcej mojej radosnej twórczości.



NEGATYWY


Oczywiście nie obyło się bez głosów negatywnych, w końcu to nie referendum na Białorusi. A ja sama przecież zadałam pytanie, czy coś Was w Piątym Pokoju wkurza (jasne, plułam sobie potem w brodę). Oprócz wspomnianych zarzutów odnośnie częstotliwości i regularności postów, pojawiły się uwagi dotyczące szablonu, propozycje odświeżenia logo, a nawet przenosin na platformę Wordpress (do dziś zachodzę w głowę, jakie znaczenie ma dla przeciętnego Czytelnika platforma, na której postawiony jest blog...). Niektórzy czepiali się konkretnych, używanych przeze mnie słów, inni wyrażali irytację proszeniem o lajki na FB, jeszcze inni dissowali materiały do pobrania, które udostępniam, mówiąc, że to "skoki na zasięgi".

Ktoś - bardzo słusznie - zarzucił mi, że nie odpowiadam na komentarze. Fakt, czasem wszystko to wymyka mi się spod kontroli i nie nadążam/zapominam/olewam. Mea culpa, obiecuję poprawę, możecie wymyślić mi pokutę.

Kilka osób wyrażało wątpliwość, czy aby ta Kasia, którą znacie z bloga, to jest autentyczny człowiek, a nie jakaś kreacja. To jest bardzo ciekawy temat, tym bardziej, że - jak mogliście przeczytać wyżej - mam takie poczucie, że jest ona ciekawszą i bardziej zabawną wersją mnie samej w realu. Nie wynika to bynajmniej z chęci kreowania się - po prostu w Internecie wyrażamy siebie inaczej niż poza nim. W rzeczywistości, przy obcych, jestem bardzo wycofana, nieśmiała i cicha. W Internecie jest odwrotnie - ale czy to oznacza, że to już nie ja? To też ja: ta druga, bardziej odważna ja.



PERSPEKTYWY


Niektóre sprzeczne wypowiedzi w ankiecie zafundowały mi niezły mindfuck. Z jednej strony głosy mówiące, że kreuję się na lepszą niż jestem, z drugiej zaś zarzucające, że celowo udaję niefajną. Z jednej - Ci, których obrzydza moje nowe zdjęcie profilowe, z drugiej - jego entuzjastyczni fani. Z jednej - osoby zirytowane obecnością dzieci na blogu, z drugiej - Czytelnicy proszący o więcej. Z jednej - sceptycy długich zdań, akapitów i postów, z drugiej - hejterzy treści zbyt krótkich. 

Dziękuję Wam za tę - brutalną momentami - lekcję. Może wreszcie nauczy mnie ona dystansu, którego zawsze mi brakowało. Czas się pogodzić z tym, że nigdy nie zrobię dobrze wszystkim na raz, bo tych wszystkich jest po prostu za dużo, a każdy z nich ma swój punkt widzenia, swoją optykę, swoje zdanie. Jedyne, co mogę zrobić, to wsłuchać się w samą siebie i iść za głosem własnego serca.

Rok 2017 ma dużą szansę stać się dla mnie rokiem przełomowym, jeśli chodzi o bloga. Być może uda mi się poświęcić mu w 100% i zrezygnować z pracy na etacie. Być może, bo zanim wcielę to w życie, muszę być pewna, że tego chcę. Chciałabym wiedzieć, że pracując z domu nie stanę się zaniedbanym szlafrokowym trollem ze światłowstrętem, tłustymi włosami i śladami sosu z pizzy na laptopie. Niestety, tej pewności nikt mi nie da, a ja znam siebie na tyle, że umiem ocenić ryzyko. Jest gigantyczne.

Teraz, pracując na etacie i mając jeszcze w bonusie dwójkę małych dzieci, nie jestem w stanie wykorzystywać całego potencjału tego bloga. Oby kiedyś się to zmieniło. Nie nie, Panie Kuratorze, dzieci zostają, nie to miałam na myśli!

Jeśli ktoś z Was nie załapał się na ankietę, a chciałby coś mi przekazać, może zrobić to w komentarzu lub mailem (piatypokoj@gmail.com). Śmiało, biorę wszystko na klatę!