19.04.2017

Festiwal Otwarte Mieszkania, czyli o wychodzeniu i wchodzeniu

Ostatnio jakoś tak się składa, że ciągle wychodzę ze swojej strefy komfortu. Zaczęło się... od wrotek.

Zbliżał się wieczór panieński mojej przyjaciółki, dziewczyny wesoło zarządziły, że na rozruch pójdziemy na wrotkowisko, a ja na to - nie mniej wesoło - że po moim trupie. Względnie po dużej dawce alkoholu. Koniec końców, nie tylko te śmiercionośne wrotki założyłam, nie tylko nie zginęłam podczas pierwszych pokracznych okrążeń, ale wręcz bardzo mi się podobało.

Kolejne akty mojej nadludzkiej odwagi to powrót na siłownię po wielu latach oraz absolutny debiut na zajęciach pole dance - jedno i drugie dało mi tyle pałera i radości, że jak myślę o poprzedzających to wszystko obawach i wahaniach, to mam ochotę cofnąć się w czasie do roku dziewięćdziesiątego piątego, zgarnąć z podwórka sztachetę służącą nam za kij do palanta i walnąć się nią mocno między kością czołową a ciemieniową . 

Jeszcze jedno wyjście ze strefy komfortu przeżyłam niedawno z Gosią z Odnawialni podczas krótkiego występu na żywo w Radiu Kraków. Cały weekend żałowałam, że się na to zgodziłam, nie powiedziałam prawie nikomu z obawy przed kompromitacją, a potem tak się rozgadałam, że wcale nie chciało mi się wychodzić ze studia. To wszystko są fantastyczne doświadczenia i choć niektórym mogą się wydawać błahe i głupie, to mnie każde takie zdarzenie ładuje ogromną energią i dodaje nieco więcej wiary w moje możliwości. 

Teraz z kolei zdecydowałam się objąć patronat medialny nad fantastyczną inicjatywą, choć zupełnie nie wiem, co patron medialny robi. Oprócz tego, że trąbi wszem i wobec. Przejdźmy może zatem do tego trąbienia - pozwólcie, że trochę Wam opowiem o Festiwalu Otwarte Mieszkania, którego idea tak bardzo mnie oczarowała.

Festiwal Otwarte Mieszkania to wydarzenie, które od czterech lat odbywa się w Warszawie i cieszy się tu coraz większym powodzeniem. Podczas jego trwania zajrzeć można do niedostępnych na co dzień mieszkań, domów, pracowni i lokali użytkowych. Obiekty wybierane przez Organizatorów łączy jeden temat przewodni, inny w każdym sezonie, a udostępniane wnętrza wyróżniają się walorami architektonicznymi, estetycznymi i - chyba przede wszystkim - historycznymi. Bardzo ciekawą relację z zeszłorocznej edycji możecie przeczytać na blogu Home Syndrome. W tym roku projekt zawita również do miasta, które wyjątkowo na to zasługuje: do Krakowa


Organizatorzy piszą o tym wyjątkowym wydarzeniu tak:


Z doświadczeń związanych z edycjami warszawskimi Festiwalu wynika, że zwiedzane przestrzenie stanowią cenną inspirację dla osób zajmujących się sztukami wizualnymi. Bezpośrednie doświadczenie danej przestrzeni wywiera dużo intensywniejszy wpływ na odbiorcę niż zobaczenie jej wizualnego przedstawienia. Ponadto dzięki spotkaniom z architektami oraz znawcami krakowskiej urbanistyki Festiwal pełni rolę edukacyjną w dziedzinie architektury, a także stanowi okazję do nawiązywania kontaktów branżowych. (...)

Ponadto wierzymy, że poprzez zachęcanie mieszkańców do otwierania swoich prywatnych przestrzeni, a także organizowane w nich spotkania, Festiwal przyczynia się do budowania postawy większej otwartości i zaufania, a także do tworzenia przestrzeni spotkania i dialogu pomiędzy mieszkańcami. Uważamy, że otworzenie swojej prywatnej przestrzeni stanowi wyraz społecznego zaufania. Tym większy jeśli zaprasza się do niej osoby nieznajome. Wierzymy, że Festiwal stanowi zachętę do tworzenia postawy większej otwartości na siebie nawzajem wśród mieszkańców miasta, która, jak mamy nadzieję, pozostanie w uczestnikach także po zakończeniu Festiwalu.

Trudno się z tym nie zgodzić, prawda? Jeśli zatem 13 i 14 maja będziecie - choćby przejazdem - w Krakowie, będziecie mieli ochotę zajrzeć w ciekawe miejsca nie tylko przez dziurkę od klucza, a przy tym, przy odrobinie farta, spotkać MNIE, koniecznie wpiszcie krakowski FOM w swoje kalendarze.

Wstęp do wszystkich lokalizacji jest bezpłatny. Na około tydzień przed Festiwalem zostanie uruchomiona internetowa rejestracja do udostępnianych wnętrz, warto więc dołączyć do facebookowego wydarzenia, o TUTAJ i uważnie je śledzić. W niektórych lokalizacjach z pewnością będzie można zrobić ciekawe zdjęcia, dlatego nie zapomnijcie o Waszych ajfonkach z suto naładowanymi pałerbankami.

A skoro już mowa o (nie)zapominaniu, to wiedzcie, że Organizatorzy nie zapomnieli o najmłodszych - specjalnie dla nich odbędą się warsztaty z tworzenia małych domków w kartonowych pudełkach.

Dla tych, których nie przekonała możliwość spotkania się ze mną - zdjęcia z jednego z mieszkań, które obejrzymy [Fot. Adrianna Stańczak]:




...oraz zdjęcia z edycji warszawskich [Fot. Maja Wirkus]:






To jak, widzimy się na #fomkrk?



10.04.2017

Tutorial DIY - Huśtawka dla książek lepsza niż półka

DIY
Przeżyliście kiedyś wielkie rozczarowanie? Ale takie naprawdę, naprawdę druzgocące? 
Ja dwukrotnie.

Pierwszy raz - latem dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Miałam wtedy osiem lat i pech chciał, że przyśnił mi się bardzo realistyczny sen, w którym rysowałam ślicznego zajączka. Zajączek, a właściwie zajęcza samica, trzymała w łapkach jedno ze swoich mięciutkich uszek i czesała je fioletowym grzebykiem. Co tu dużo gadać: typowy mokry sen ośmiolatki. Zaraz po przebudzeniu chwyciłam za kredki i papier, żeby na jawie odtworzyć ten rysunek w całej jego koreańskiej słodyczy. Podjęłam kilka prób, lecz ku mojej rozpaczy, zamiast wyśnionej zajączki, z bloku rysunkowego A4 wyzierały jakieś potwornie chore mrówkojady, zrośnięte tułowiami leniwce i koszmarne krzyżówki kaczek z owcami. Bardziej Wyspa Doktora Moreau niż Hello Kitty. I zdecydowanie bardziej Laleczka Chucky niż Laleczka z saskiej porcelany. Gdybym teraz miała wskazać moment w moim życiu, w którym zaczęłam nałogowo kląć jak szewc, byłaby to właśnie tamta chwila.

Drugie rozczarowanie przyszło równo dekadę później. Nie byłam już niewinnym dziewczęciem ze strupami na kolanach i gumą Donald we włosach - właśnie osiągnęłam ten wyczekiwany wiek, kiedy przestała być mi potrzebna sfałszowana legitymacja szkolna. Jednak, choć według metryki pełnoletnia, na tak brutalną szkołę życia gotowa nie byłam... Nie byłam gotowa na zdarzenie, które ugodziło mnie prosto w serce i bez wazeliny wprowadziło w dorosłość. 
Jedna ze stacji telewizyjnych (dość młodych wówczas), zorganizowała ogólnopolską akcję p.t. "Przygarnij Kropka". Pamiętacie może? Mały niebieski Kropek z tektury miał być przyklejany do telewizorów i naświetlany podczas oglądania wybranych programów. Samą akcję miałam w dupie, ale głęboko wierzyłam, że te Kropki naprawdę żywią się promieniowaniem z kineskopu, przed którym tak przestrzega mama. Że coś tam w takim Kropku siedzi, jakiś czip, jakaś blaszka, coś, co zapiszczałoby na lotnisku podczas kontroli bezpieczeństwa, narobiło obciachu na sklepowej bramce... Cokolwiek. Kiedy przyjaciółka przyniosła mi swój domowy okaz do wiwisekcji, z wrażenia drżały mi ręce. Darłam niebieski kartonik, warstwa po warstwie, a z każdym tekturowym płatkiem opadała mi z oczu jedna łuska. Nic, zero, nul, nawet marnego kawałka aluminium dla picu. Kropek był pusty jak Izabela Łęcka. I równie zepsuty.
W 2003 roku straciłam szacunek do marketingu i na całe życie utwierdziłam się w przekonaniu, że telewizja kłamie.

Do dnia dzisiejszego nosiłam w sobie i pielęgnowałam te dwa zdarzenia jako największe rozczarowania mojego życia. Dziś do tej listy dopisuję kolejne: moją rysunkową instrukcję DIY. Wyśniłam ją sobie niczym tego cholernego zająca. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Dlatego nie martwcie się, wesprę Was instrukcją opisową.

A co będziemy dziś robić? Będziemy szyć booksling, czyli huśtawkę dla książek! Wynalazek, który mam w domu już od dobrych dwóch lat, i niezmiennie uważam go za jedno z fajniejszych DIY, jakie udało mi się zrobić. Booksling to po prostu nieco inna półka na książki. Półka pojemna (nasza unosi do 30 lektur), nadająca się do prania, przyjemna w użyciu, lubiana przez dzieci, a do tego - co ważne dla młodych czytelników - eksponująca fronty przechowywanych na niej pozycji. I jakiś pierdyliard razy bardziej user friendly niż tak popularna ikeowska RIBBA. Po skorzystaniu z tej ostatniej zawsze muszę łyknąć dwadzieścia kropli walerianowych. W porywach do trzydziestu, zależnie od tego, czy Mapy Mizielińskich spadną mi na czaszkę rogiem czy krawędzią (bo spadają zawsze).



DO WYKONANIA HUŚTAWKI DLA KSIĄŻEK POTRZEBNE BĘDĄ:


  • dwa kawałki upranej uprzednio tkaniny o wymiarach 120x50 cm każdy; Wymiary są zupełnie umowne i zależą od tego, jak szeroką i jak głęboką półkę chcecie uzyskać. Nasza ma ok. 17 cm głębokości i nie wypadają z niej nawet największe książki.
  • maszyna do szycia, nici
  • nożyczki
  • podwójny karnisz Waszego wyboru (u mnie: RÄCKA z IKEA)
  • wiertarka, kołki, wkręty, poziomica



Wiem, nic nie zrozumieliście. Dlatego omówimy to sobie raz jeszcze, na spokojnie:


  1. Oba kawałki tkaniny składamy prawymi stronami do siebie. Obszywamy je ściegiem prostym, kilka mm od brzegu, pamiętając, by zostawić niezszyty fragment ok. 10 cm. Przez tę dziurkę wywijamy nasz prostokąt na prawą stronę.
  2. Ponownie obszywamy dookoła materiał, tym razem na prawej stronie. Przed przeszyciem dobrze jest uprasować brzegi prostokąta, a w szczególności miejsce, gdzie wcześniej zostawiliśmy dziurkę.
  3. Materiał składamy wzdłuż dłuższego brzegu, kilka (5-7) cm od krawędzi i zszywamy w miejscu zaznaczonym na rysunku (4. od dołu) linią przerywaną.
  4. Odwracamy materiał i to samo robimy z drugą długą krawędzią. Od nas (i od efektu, który chcemy uzyskać) zależy, czy wywiniemy brzeg do wewnątrz, czy na zewnątrz.
  5. Przez powstałe tunele przekładamy rurki od karnisza
  6. Wiercimy w ścianie dziury na porządne kołki (dzieci uwielbiają się wieszać na tej konstrukcji) i instalujemy wsporniki od karnisza.
  7. Montujemy huśtawkę na wspornikach, poziomicą sprawdzając, czy aby na pewno jest równo.
  8. Wrzucamy dużo książek. Siadamy. Delektujemy się chwilą, zanim wpadną dzieci i wszystko wyrzucą.




Jestem pewna, że nie jest to moje ostatnie bookslingowe słowo. W kolejnej odsłonie pokoju zrobię dwie lub trzy takie półki i postaram się wymyślić fajniejszy "system nośny" niż te ikeowe karnisze. 
A Wam jak się podoba? Będziecie szyć? Szyyyjcie!
 
[Pssst! Więcej zdjęć sypialni chłopaków (zanim zrównam ją z ziemią) tu: