01.12.2017

Do pobrania: Kalendarz na rok 2018

Już myślałam, że się nie uda! 

Pisaliście do mnie i pytaliście, czy wyrzucę z siebie w tym roku jakiś kalendarz, a ja nie umiałam odpowiedzieć. Bo z tym kalendarzem to zawsze taki spontan: w czwartek nie mam ochoty, pomysłu ani projektu, a potem wystarczy jedna zarwana noc i w piątek - pyk! - kalendarz gotowy. Wprawdzie odsypiam potem na stole konferencyjnym w pracy (i to nie że tylko głowa i ręce - ja się kładę jak na katafalku!), wydaje mi się, że na imię mam Jerzy, a oczy mam tak czerwone, że wychowawczynie w przedszkolu biorą mnie na stronę i mówią, że one wszystko rozumieją, alkohol i narkotyki spoko, ale może jednak tylko w weekendy... #ponieważdzieci

kalendarz do pobrania | monstera | rośliny
26.11.2017

Biblioteczka w chmurach i nasze ulubione książki


Nasze ulubione książki - wiem, to nie brzmi dobrze...

To brzmi jak zrobiliśmy brzydką kupkę, nie lubimy cielęcinki z ryżem i - moje ulubione - mamy już dwa ząbki! Kiedy słyszę z ust radosnych matek to ostatnie zdanie, zawsze zaczynam się baczniej przyglądać ich uzębieniu i nie mogę wyjść z podziwu nad osiągnięciami współczesnej stomatologii protetycznej. Kurwa, mają dwa ząbki, tylko dwa pieprzone ząbki, niewiarygodne! A ja dałabym głowę, że te wszystkie białe perełki to jej własne. Cudowne są te nowoczesne sztuczne szczęki, cu-dow-ne. Też chcę.

Niestety, laktolobotomia, która dopada młode matki, to nie żart, to nie igraszki. Laktolobotomia, czyli jedno z powikłań pieluszkowego zapalenia mózgu, to jest fakt i dotknęła również mnie. Po ciążach i porodach zaczęłam wolniej myśleć, częściej patrzyłam tępo przed siebie, nie mogłam znaleźć w głowie najprostszych słów, a działania matematyczne musiałam sobie przeprowadzać na kasztanach. Brzmi strasznie? A to wcale nie jest najgorsze. Najgorsze wydarzyło się, kiedy Mały miał rok. Wtedy to bowiem napisałam do męża SMS-a o treści...
08.10.2017

Wakacje w drodze

Jako matka zawodzę na wielu frontach. Długo by wymieniać te wszystkie słodkie płatki śniadaniowe, ogłupiające filmiki na YouTube, pominięte dawki ważnych leków (chyba nie umrze, jak mu raz nie dam...), rzucane znad ekranu komórki teraz nie mogę, synu (...bo gram w diamenty), wciąganie odkurzaczem LEGO gdy dzieci nie patrzą, wycieranie podłogi w łazience ich ubraniami oraz niezliczone, NIEZLICZONE razy, gdy grzeszyłam nie tylko uczynkiem, nie tylko moją soczystą, polską mową, ale przede wszystkim myślą. Międzygwiezdna Sprężyna do Wystrzeliwania Dzieci w Kosmos jest w mojej wyobraźni dopracowana w najdrobniejszych szczegółach.

Jednakowoż... jest jedna rzecz, która wybiela mnie w moich własnych oczach. Gdy o niej myślę, widzę siebie jako supermatkę: w nimbie chwały, z powiewającą na wietrze karminową peleryną i szczerozłotą koroną na głowie. Bo otóż, moi drodzy, otóż ja...

Organizuję zajebiste wakacje.

wakacje z dziećmi w Polsce

13.07.2017

Do pobrania - 5 plakatów antymotywacyjnych

Teraz jest taka moda, że internetowi influencerzy muszą wywierać presję motywować. Motywują do odchudzania, do biegania, do picia zielonych koktajli, do własnoręcznego lepienia dzieciom zabawek, do odchodzenia z korpo, do podążania za marzeniami, do zaciskania pośladów i udawania, że ogarniamy życie. Ja też, chcąc być trendi, dżezi i fancy-schmancy, w opisie na Fejsie użyłam tego słowa-wytrychu. Że niby do czegośtam staram się Was motywować. Ale zapewniam: możecie spokojnie odetchnąć, bo u mnie nie ma deadline'ów, checklist i tabelek. Ja zamierzam Was motywować jedynie do wyluzowania przysłowiowych majtów.
08.06.2017

Metamorfoza kącika książkowego

W mojej rodzinie jest taka anegdotka, jak to do dziadka Leszka przyszli koledzy, a dwuipółletnia ja robiłam za atrakcję dnia, literując im Życie Warszawy. Niby fajnie, jest co wpisać do CV, ale co się podczas tego wieczoru biernie najarałam, to moje.

Ale tak, fakty są takie, że od zawsze kochałam czytać. Pożerałam księgozbiory szkolnych i osiedlowych bibliotek, przesiadywałam na Górskiej, na Koszykowej, a potem w BUW-ie. A że mam defekt, który sprawia, iż bardzo szybko zapominam książki, to cholera wie - może w kółko czytałam ten sam tom Pana Samochodzika i nawet się nie zorientowałam? 
Może tak być. 
Ale nie wiem. 
Nie pamiętam przecież.


06.06.2017

Historia porodowa, czyli szafka z tapetą

Jestem opieszała.

Bogowie, jaka ja jestem opieszała! Mogłabym być jakimś lewitującym Guru Opieszałości w sekcie Czcicieli Metody Małych Kroczków. W dowodzie osobistym dopisałam sobie markerem drugie imię: Może-Juuutro... Odłożyłam już chyba wszystko, co da się odłożyć. I to więcej niż raz. W słownikach zamiast definicji opieszałości mogłaby się znajdować jedynie krótka notka:

opieszały przym. od opieszałość - p. Kasia Sojka


Jestem tak opieszała, że gdybym była opieszała jeszcze odrobinę bardziej, przestałabym się z tej opieszałości starzeć. Bo odłożyłabym to na później. Zresztą trochę tak jest - wiem na przykład, że nigdy nie umrę, bo Śmierć po prostu nie zniesie mojego rozmemłania. Przyjdzie do mnie z kosą, w obdartej czarnej szacie à la Harry Potter (tylko taki trochę bardziej bezdomny), w zajebistych sandałach prosto z Dubaju (śmierć nie może oszczędzać na sandałach) i powie:
19.04.2017

Festiwal Otwarte Mieszkania, czyli o wychodzeniu i wchodzeniu

Ostatnio jakoś tak się składa, że ciągle wychodzę ze swojej strefy komfortu. Zaczęło się... od wrotek.

Zbliżał się wieczór panieński mojej przyjaciółki, dziewczyny wesoło zarządziły, że na rozruch pójdziemy na wrotkowisko, a ja na to - nie mniej wesoło - że po moim trupie. Względnie po dużej dawce alkoholu. Koniec końców, nie tylko te śmiercionośne wrotki założyłam, nie tylko nie zginęłam podczas pierwszych pokracznych okrążeń, ale wręcz bardzo mi się podobało.

Kolejne akty mojej nadludzkiej odwagi to powrót na siłownię po wielu latach oraz absolutny debiut na zajęciach pole dance - jedno i drugie dało mi tyle pałera i radości, że jak myślę o poprzedzających to wszystko obawach i wahaniach, to mam ochotę cofnąć się w czasie do roku dziewięćdziesiątego piątego, zgarnąć z podwórka sztachetę służącą nam za kij do palanta i walnąć się nią mocno między kością czołową a ciemieniową . 

Jeszcze jedno wyjście ze strefy komfortu przeżyłam niedawno z Gosią z Odnawialni podczas krótkiego występu na żywo w Radiu Kraków. Cały weekend żałowałam, że się na to zgodziłam, nie powiedziałam prawie nikomu z obawy przed kompromitacją, a potem tak się rozgadałam, że wcale nie chciało mi się wychodzić ze studia. To wszystko są fantastyczne doświadczenia i choć niektórym mogą się wydawać błahe i głupie, to mnie każde takie zdarzenie ładuje ogromną energią i dodaje nieco więcej wiary w moje możliwości. 

Teraz z kolei zdecydowałam się objąć patronat medialny nad fantastyczną inicjatywą, choć zupełnie nie wiem, co patron medialny robi. Oprócz tego, że trąbi wszem i wobec. Przejdźmy może zatem do tego trąbienia - pozwólcie, że trochę Wam opowiem o Festiwalu Otwarte Mieszkania, którego idea tak bardzo mnie oczarowała.

Festiwal Otwarte Mieszkania to wydarzenie, które od czterech lat odbywa się w Warszawie i cieszy się tu coraz większym powodzeniem. Podczas jego trwania zajrzeć można do niedostępnych na co dzień mieszkań, domów, pracowni i lokali użytkowych. Obiekty wybierane przez Organizatorów łączy jeden temat przewodni, inny w każdym sezonie, a udostępniane wnętrza wyróżniają się walorami architektonicznymi, estetycznymi i - chyba przede wszystkim - historycznymi. Bardzo ciekawą relację z zeszłorocznej edycji możecie przeczytać na blogu Home Syndrome. W tym roku projekt zawita również do miasta, które wyjątkowo na to zasługuje: do Krakowa


Organizatorzy piszą o tym wyjątkowym wydarzeniu tak:


Z doświadczeń związanych z edycjami warszawskimi Festiwalu wynika, że zwiedzane przestrzenie stanowią cenną inspirację dla osób zajmujących się sztukami wizualnymi. Bezpośrednie doświadczenie danej przestrzeni wywiera dużo intensywniejszy wpływ na odbiorcę niż zobaczenie jej wizualnego przedstawienia. Ponadto dzięki spotkaniom z architektami oraz znawcami krakowskiej urbanistyki Festiwal pełni rolę edukacyjną w dziedzinie architektury, a także stanowi okazję do nawiązywania kontaktów branżowych. (...)

Ponadto wierzymy, że poprzez zachęcanie mieszkańców do otwierania swoich prywatnych przestrzeni, a także organizowane w nich spotkania, Festiwal przyczynia się do budowania postawy większej otwartości i zaufania, a także do tworzenia przestrzeni spotkania i dialogu pomiędzy mieszkańcami. Uważamy, że otworzenie swojej prywatnej przestrzeni stanowi wyraz społecznego zaufania. Tym większy jeśli zaprasza się do niej osoby nieznajome. Wierzymy, że Festiwal stanowi zachętę do tworzenia postawy większej otwartości na siebie nawzajem wśród mieszkańców miasta, która, jak mamy nadzieję, pozostanie w uczestnikach także po zakończeniu Festiwalu.

Trudno się z tym nie zgodzić, prawda? Jeśli zatem 13 i 14 maja będziecie - choćby przejazdem - w Krakowie, będziecie mieli ochotę zajrzeć w ciekawe miejsca nie tylko przez dziurkę od klucza, a przy tym, przy odrobinie farta, spotkać MNIE, koniecznie wpiszcie krakowski FOM w swoje kalendarze.

Wstęp do wszystkich lokalizacji jest bezpłatny. Na około tydzień przed Festiwalem zostanie uruchomiona internetowa rejestracja do udostępnianych wnętrz, warto więc dołączyć do facebookowego wydarzenia, o TUTAJ i uważnie je śledzić. W niektórych lokalizacjach z pewnością będzie można zrobić ciekawe zdjęcia, dlatego nie zapomnijcie o Waszych ajfonkach z suto naładowanymi pałerbankami.

A skoro już mowa o (nie)zapominaniu, to wiedzcie, że Organizatorzy nie zapomnieli o najmłodszych - specjalnie dla nich odbędą się warsztaty z tworzenia małych domków w kartonowych pudełkach.

Dla tych, których nie przekonała możliwość spotkania się ze mną - zdjęcia z jednego z mieszkań, które obejrzymy [Fot. Adrianna Stańczak]:




...oraz zdjęcia z edycji warszawskich [Fot. Maja Wirkus]:






To jak, widzimy się na #fomkrk?



10.04.2017

Tutorial DIY - Huśtawka dla książek lepsza niż półka

DIY
Przeżyliście kiedyś wielkie rozczarowanie? Ale takie naprawdę, naprawdę druzgocące? 
Ja dwukrotnie.

Pierwszy raz - latem dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Miałam wtedy osiem lat i pech chciał, że przyśnił mi się bardzo realistyczny sen, w którym rysowałam ślicznego zajączka. Zajączek, a właściwie zajęcza samica, trzymała w łapkach jedno ze swoich mięciutkich uszek i czesała je fioletowym grzebykiem. Co tu dużo gadać: typowy mokry sen ośmiolatki. Zaraz po przebudzeniu chwyciłam za kredki i papier, żeby na jawie odtworzyć ten rysunek w całej jego koreańskiej słodyczy. Podjęłam kilka prób, lecz ku mojej rozpaczy, zamiast wyśnionej zajączki, z bloku rysunkowego A4 wyzierały jakieś potwornie chore mrówkojady, zrośnięte tułowiami leniwce i koszmarne krzyżówki kaczek z owcami. Bardziej Wyspa Doktora Moreau niż Hello Kitty. I zdecydowanie bardziej Laleczka Chucky niż Laleczka z saskiej porcelany. Gdybym teraz miała wskazać moment w moim życiu, w którym zaczęłam nałogowo kląć jak szewc, byłaby to właśnie tamta chwila.

Drugie rozczarowanie przyszło równo dekadę później. Nie byłam już niewinnym dziewczęciem ze strupami na kolanach i gumą Donald we włosach - właśnie osiągnęłam ten wyczekiwany wiek, kiedy przestała być mi potrzebna sfałszowana legitymacja szkolna. Jednak, choć według metryki pełnoletnia, na tak brutalną szkołę życia gotowa nie byłam... Nie byłam gotowa na zdarzenie, które ugodziło mnie prosto w serce i bez wazeliny wprowadziło w dorosłość. 
Jedna ze stacji telewizyjnych (dość młodych wówczas), zorganizowała ogólnopolską akcję p.t. "Przygarnij Kropka". Pamiętacie może? Mały niebieski Kropek z tektury miał być przyklejany do telewizorów i naświetlany podczas oglądania wybranych programów. Samą akcję miałam w dupie, ale głęboko wierzyłam, że te Kropki naprawdę żywią się promieniowaniem z kineskopu, przed którym tak przestrzega mama. Że coś tam w takim Kropku siedzi, jakiś czip, jakaś blaszka, coś, co zapiszczałoby na lotnisku podczas kontroli bezpieczeństwa, narobiło obciachu na sklepowej bramce... Cokolwiek. Kiedy przyjaciółka przyniosła mi swój domowy okaz do wiwisekcji, z wrażenia drżały mi ręce. Darłam niebieski kartonik, warstwa po warstwie, a z każdym tekturowym płatkiem opadała mi z oczu jedna łuska. Nic, zero, nul, nawet marnego kawałka aluminium dla picu. Kropek był pusty jak Izabela Łęcka. I równie zepsuty.
W 2003 roku straciłam szacunek do marketingu i na całe życie utwierdziłam się w przekonaniu, że telewizja kłamie.

Do dnia dzisiejszego nosiłam w sobie i pielęgnowałam te dwa zdarzenia jako największe rozczarowania mojego życia. Dziś do tej listy dopisuję kolejne: moją rysunkową instrukcję DIY. Wyśniłam ją sobie niczym tego cholernego zająca. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Dlatego nie martwcie się, wesprę Was instrukcją opisową.

A co będziemy dziś robić? Będziemy szyć booksling, czyli huśtawkę dla książek! Wynalazek, który mam w domu już od dobrych dwóch lat, i niezmiennie uważam go za jedno z fajniejszych DIY, jakie udało mi się zrobić. Booksling to po prostu nieco inna półka na książki. Półka pojemna (nasza unosi do 30 lektur), nadająca się do prania, przyjemna w użyciu, lubiana przez dzieci, a do tego - co ważne dla młodych czytelników - eksponująca fronty przechowywanych na niej pozycji. I jakiś pierdyliard razy bardziej user friendly niż tak popularna ikeowska RIBBA. Po skorzystaniu z tej ostatniej zawsze muszę łyknąć dwadzieścia kropli walerianowych. W porywach do trzydziestu, zależnie od tego, czy Mapy Mizielińskich spadną mi na czaszkę rogiem czy krawędzią (bo spadają zawsze).



DO WYKONANIA HUŚTAWKI DLA KSIĄŻEK POTRZEBNE BĘDĄ:


  • dwa kawałki upranej uprzednio tkaniny o wymiarach 120x50 cm każdy; Wymiary są zupełnie umowne i zależą od tego, jak szeroką i jak głęboką półkę chcecie uzyskać. Nasza ma ok. 17 cm głębokości i nie wypadają z niej nawet największe książki.
  • maszyna do szycia, nici
  • nożyczki
  • podwójny karnisz Waszego wyboru (u mnie: RÄCKA z IKEA)
  • wiertarka, kołki, wkręty, poziomica



Wiem, nic nie zrozumieliście. Dlatego omówimy to sobie raz jeszcze, na spokojnie:


  1. Oba kawałki tkaniny składamy prawymi stronami do siebie. Obszywamy je ściegiem prostym, kilka mm od brzegu, pamiętając, by zostawić niezszyty fragment ok. 10 cm. Przez tę dziurkę wywijamy nasz prostokąt na prawą stronę.
  2. Ponownie obszywamy dookoła materiał, tym razem na prawej stronie. Przed przeszyciem dobrze jest uprasować brzegi prostokąta, a w szczególności miejsce, gdzie wcześniej zostawiliśmy dziurkę.
  3. Materiał składamy wzdłuż dłuższego brzegu, kilka (5-7) cm od krawędzi i zszywamy w miejscu zaznaczonym na rysunku (4. od dołu) linią przerywaną.
  4. Odwracamy materiał i to samo robimy z drugą długą krawędzią. Od nas (i od efektu, który chcemy uzyskać) zależy, czy wywiniemy brzeg do wewnątrz, czy na zewnątrz.
  5. Przez powstałe tunele przekładamy rurki od karnisza
  6. Wiercimy w ścianie dziury na porządne kołki (dzieci uwielbiają się wieszać na tej konstrukcji) i instalujemy wsporniki od karnisza.
  7. Montujemy huśtawkę na wspornikach, poziomicą sprawdzając, czy aby na pewno jest równo.
  8. Wrzucamy dużo książek. Siadamy. Delektujemy się chwilą, zanim wpadną dzieci i wszystko wyrzucą.




Jestem pewna, że nie jest to moje ostatnie bookslingowe słowo. W kolejnej odsłonie pokoju zrobię dwie lub trzy takie półki i postaram się wymyślić fajniejszy "system nośny" niż te ikeowe karnisze. 
A Wam jak się podoba? Będziecie szyć? Szyyyjcie!
 
[Pssst! Więcej zdjęć sypialni chłopaków (zanim zrównam ją z ziemią) tu:


30.01.2017

Ciemnozielona ściana, czyli rzecz o modzie i narkotykach

Z modą jest trochę jak z zażywaniem narkotyków - w głębi duszy pewnie każdy chciałby spróbować, powiedzieć, że wie, że się zna, że on też. I choć fajnie by było móc mrugnąć okiem do znajomej, pochwalić się przed kumplem z ławki, opowiedzieć to i owo na rozmowie o pracę, to jednak publicznie o tym mówić jakoś... nie wypada. Bo "Dzieci z dworca ZOO", bo zażywasz-przegrywasz, bo Whitney Houston wreszcie. I Kurt Cobain. Nie każdy poklepie Cię po plecach i porozumiewawczo wyszczerzy zęby: mama Cię wydziedziczy, babcia dostanie zawału, a młodszy brat powie, że żadna substancja nie przebije Minecrafta.

Bycie modnym, trendi, dżeziw dechę (tak wnętrzarsko, powiedzmy) jest równie problematyczne. Nie, nie równie. Jest o wiele bardziej pojebane. Każdy by chciał, ale prędzej zginie, niż to przyzna. Ci, którym najbardziej zależy na gonieniu za modą, najgorliwiej się tego wypierają. Inni wszem i wobec opowiadają, o ile lat wyprzedzili trendy (pragnę zauważyć, że wyprzedzenie trendu o zbyt wiele lat raczej jest failem), bo chcą udowodnić, że oni byli najpierwsi i najtrendi, i w ogóle to oni sami wszystko wymyślili w '92 na zetpetach. W dobrym tonie jest prześciganie się w żarliwych zapewnieniach, kto bardziej modą gardzi. Niektórzy są dość modni nawet o tym nie wiedząc, bo po prostu kopiują to, co widzą dookoła. Albo kupują, co się nawinie, a nawija się zazwyczaj to, co jest akurat w modzie. Do tego dochodzą reakcje odbiorców: od zachwytu po pogardę. Można dostać lekkiej schizy, całkiem za darmo. I na darmo.

Moja recepta to - jak zwykle - poluzowanie gumy w majtach. Ja nie boję się i nie wyrzekam trendów i mód. Uważam, że nie sposób przed nimi uciec, nawet mając własny, bardzo wyrazisty i indywidualny styl - choćby z przytoczonej powyżej przyczyny, że rzeczy na topie są łatwiej dostępne i same nas atakują. Podoba mi się bardzo wiele produktów, pomysłów i tendencji "modnych", bo jestem nimi bombardowana i czasem ciężko nie ulec. To taki syndrom inżyniera Mamonia:

Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. 
No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?

No jakże? 
Dlatego, jakem Mamoń z krwi i kości, każdy wnętrzarski motyw, który widziałam więcej niż 100 (ale mniej niż 51700) razy bardzo mi się podoba. I nie wstydzę się tego.

Mam w sobie zarówno potrzebę bycia w jakimś stopniu na bieżąco i za pan brat z trendami, jak i podążania pod prąd, ale to wszystko bez radykalizmu, z umiarem. Z reguły ważne jest dla mnie, żeby nie brnąć w tendencje gasnące, takie Czerwone Olbrzymy wnętrzarskiej mody. Nie chciałabym zostać wessana przez czarną dziurę żenady, gdy taki wyeksploatowany Olbrzym imploduje zmieniając się w Białego Karła. Kiedy na Zachodzie jakiś trend odchodzi, w Polsce mamy zazwyczaj jeszcze trochę czasu na cieszenie się nim, zanim z pierwszych stron magazynów trafi, biedak, do Wielkiego Lamusa Obciachu. Nie mam jednak tyle czasu, pieniędzy i mocy przerobowych, żeby - jak seryjny morderca - od razu zacierać w moim mieszkaniu ślady po martwych trendach. Mam w domu tyle chevronów i cotton ballsów, że można się u mnie poczuć jak w wehikule czasu zapętlonym na 2012 roku. Kiedyś sobie wszystko powymieniam, na spokojnie. Bez ciśnienia.

Staram się też trzymać z dala od tematów wyświechtanych i wytartych jak droga na Morskie Oko - nie wstydzę się tego przyznać. Nie jestem snobem, ale wolę nie być milionową osobą, która ma w domu ten czy inny modny gadżet. Nie ma we mnie jednak żadnego zaślepienia - kiedy coś wyjątkowo mi się podoba albo mam do tego osobisty stosunek, nikt i nic nie jest w stanie mi tego obrzydzić, choćbym to samo zobaczyła w scenografii "Klanu". I to w którymś z pierwszych odcinków.

Na przykład lada chwila (czyli - tak realnie - w 2018/2019) zamierzam zostać akolitką Kościoła Ciemnozielonych Ścian, mimo że nie będę pierwsza, dziesiąta ani nawet setna. Bo tak, bo mi się podoba, bo widziałam u Stasi i Danusi i był sztos. Zieleń, jak pokazuje nawet tegoroczny wybór PANTONE, święci coraz większe triumfy, a ciemnozielone ściany stają się powoli równie popularne, co granatowe. Już niedługo będzie można spokojnie szastać hasztagiem #darkgreenisthenewnavyblue! Dopóki na scenę nie wejdzie jakiś nowy kolor - wówczas bez skrupułów zmienię wyznanie i złapię za wałek.
  
[Zdjęcie: Ola Mikszo - Ola Em's Home, @olekmanolek]

[Zdjęcie: Paulina Jaworska - Style Recital]

 [Zdjęcie: Ola Munzar, projekt: Borysewicz i Munzar]

[Zdjęcie: Elżbieta Chudzicka, Mateusz Chołys - wnetrznosci.com]

 [Zdjęcie: Katarzyna Ślotała - Speckled Fawn]

[Zdjęcie: Kasia Bobocińska-Czerwińska - Conchita Home]

[Zdjęcie: Izabela Perez-Harriette, stylizacja: Beata Trzebiatowska, Marta Janowska i Izabela Perez Harriette]

[Zdjęcie: Margo Hupert]

 
[Zdjęcie: Kristiina Kurronen, stylizacja: Susanna Vento via dekolehti.fi]



Bardzo mnie ciekawi, jak to wygląda u Was. Zróbcie sobie, tak jak ja, rachunek sumienia i przyznajcie: gonicie za trendami, wstydząc się jednocześnie do tego przyznać? A może zupełnie nimi gardzicie i wiosłujecie pod prąd? I - przede wszystkim - czy ma to dla Was w ogóle jakieś znaczenie?


[Wszystkie zdjęcia, z wyjątkiem zdjęć osadzonych za pośrednictwem serwisu instagram.com, zostały użyte za wiedzą, zgodą i błogosławieństwem ich Autorów.]


Za każdym razem, kiedy udostępniasz ten wpis,
ocalasz czyjąś ścianę przed sraczkowatym beżem.

Ratuj ściany, szeruj Piąty Pokój!

20.01.2017

Wyniki ankiety, czyli dlaczego nie warto pytać innych o zdanie

Nie wiem, kiedy dokładnie skończyło się moje dzieciństwo: kiedy przestałam ślinić końcówki wyschniętych flamastrów czy ostatniego dnia listopada 2016, gdy czytałam Wasze odpowiedzi na moją ankietę. To był chyba pierwszy raz, kiedy musiałam stawić czoło tylu jednoczesnym opiniom na swój temat. Dzień, w którym opublikowałam owego posta, był dla mnie psychiczną rzeźnią - tak bardzo się przejmowałam wszystkim, co pisaliście i jeszcze napisać mogliście, że poważnie rozważałam napisanie petycji do piekła, żeby mnie pochłonęło w trybie natychmiastowym.

Tak, moja reakcja zdecydowanie mnie zaskoczyła. Drugim, co mnie zdziwiło, była ilość odpowiedzi - w tydzień uzbierało się ich ponad czterysta pięćdziesiąt. Przebicie się przez ten gąszcz informacji było bardzo wymagającym zadaniem. Jakże się kiedyś myliłam, sądząc, że nie ma nic trudniejszego do ogarnięcia umysłem niż instrukcja obsługi klimatyzacji  w Toyocie... Studiowanie pytań otwartych w ankietach jest znacznie gorsze. Jednak udało się: wiem już o Was wszystko, a Wy wiecie, że ja wiem, co myślicie o Piątym Pokoju.

Jeśli jesteście ciekawi statystyk, możecie prześledzić je tutaj: ANKIETA - STATYSTYKI. W skrócie można powiedzieć, że modelowy Czytelnik Piątego Pokoju to wcale nie Czytelnik, a Czytelniczka - z (dużego) miasta, koło trzydziestki, własnoręcznie urządzająca swoje - przeważnie skandynawskie - wnętrza. Do Piątego Pokoju zagląda od kilku miesięcy, ale z zaskakująco dużą częstotliwością - coś między "raz na tydzień" a "codziennie". Wiecznie spragniona nowych wpisów, nie daje się nastraszyć nawet dosadnym językiem moich postów. Aż 84% respondentek nie zostawia komentarzy na blogu - i o ile rozumiem te z Was, które "nie mają nic ciekawego do powiedzenia i te, które "wkurza procedura logowania", o tyle każdą, która wpisała "wstydzę się", odszukam i osobiście pacnę w czoło! No niech mnie drzwi ścisną, jak mawiał Sknerus McKwacz... Zostawcie sobie wstyd na wizytę u proktologa - w Piątym Pokoju, dekretem fundatorki, obowiązuje ekshibicjonizm. I nie tylko fundatorkę przecież!



POZYTYWY


Podejrzewam, iż większość z Was obawiała się, że mimo zapewnień ankieta nie jest anonimowa i że moi obwieszeni złotem koledzy w klapkach KUBOTA, z pitbullami na smyczach, znajdą i dojadą wszystkich hejterów, narzekaczy i malkontentów. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że 95% feedbacku to były bardzo miłe słowa? Dostałam od Was bardzo silny pozytywny przekaz: że lubicie czytać moje teksty, że posty Was rozweselają, że odbieracie mnie jako normalną, nie wyidealizowaną osobę i widząc w moich wadach odbicie własnych, przeżywacie katharsis (no dobrze, to akurat troszkę zmyśliłam...).

Paradoksalnie, to było właśnie to, co mnie najbardziej rozstroiło. Poczułam nieznaną mi wcześniej odpowiedzialność i obawę. Cały dzień płakałam Mężowi w koszulę: Hare Kriszna, co to będzie, jak oni odkryją, jaka jestem chujowa i nudna? Że na żywo z moich żartów śmieję się tylko ja sama...? I że odpadają nam cokoły przypodłogowe w salonie? No tragikomedia, mówię Wam. Ktoś powinien był mnie wtedy nagrywać.

Bardzo miło zdziwiły mnie też odpowiedzi na pytanie, co Was denerwuje w Piątym Pokoju, bo oprócz takich, gdzie respondenci faktycznie wylewali swoje żale (o tym później), zdecydowany laur pierwszeństwa zgarnęło narzekanie na małą częstotliwość wpisów. Biorę to oczywiście za dobrą monetę, bo to musi oznaczać, że macie chrapkę na więcej mojej radosnej twórczości.



NEGATYWY


Oczywiście nie obyło się bez głosów negatywnych, w końcu to nie referendum na Białorusi. A ja sama przecież zadałam pytanie, czy coś Was w Piątym Pokoju wkurza (jasne, plułam sobie potem w brodę). Oprócz wspomnianych zarzutów odnośnie częstotliwości i regularności postów, pojawiły się uwagi dotyczące szablonu, propozycje odświeżenia logo, a nawet przenosin na platformę Wordpress (do dziś zachodzę w głowę, jakie znaczenie ma dla przeciętnego Czytelnika platforma, na której postawiony jest blog...). Niektórzy czepiali się konkretnych, używanych przeze mnie słów, inni wyrażali irytację proszeniem o lajki na FB, jeszcze inni dissowali materiały do pobrania, które udostępniam, mówiąc, że to "skoki na zasięgi".

Ktoś - bardzo słusznie - zarzucił mi, że nie odpowiadam na komentarze. Fakt, czasem wszystko to wymyka mi się spod kontroli i nie nadążam/zapominam/olewam. Mea culpa, obiecuję poprawę, możecie wymyślić mi pokutę.

Kilka osób wyrażało wątpliwość, czy aby ta Kasia, którą znacie z bloga, to jest autentyczny człowiek, a nie jakaś kreacja. To jest bardzo ciekawy temat, tym bardziej, że - jak mogliście przeczytać wyżej - mam takie poczucie, że jest ona ciekawszą i bardziej zabawną wersją mnie samej w realu. Nie wynika to bynajmniej z chęci kreowania się - po prostu w Internecie wyrażamy siebie inaczej niż poza nim. W rzeczywistości, przy obcych, jestem bardzo wycofana, nieśmiała i cicha. W Internecie jest odwrotnie - ale czy to oznacza, że to już nie ja? To też ja: ta druga, bardziej odważna ja.



PERSPEKTYWY


Niektóre sprzeczne wypowiedzi w ankiecie zafundowały mi niezły mindfuck. Z jednej strony głosy mówiące, że kreuję się na lepszą niż jestem, z drugiej zaś zarzucające, że celowo udaję niefajną. Z jednej - Ci, których obrzydza moje nowe zdjęcie profilowe, z drugiej - jego entuzjastyczni fani. Z jednej - osoby zirytowane obecnością dzieci na blogu, z drugiej - Czytelnicy proszący o więcej. Z jednej - sceptycy długich zdań, akapitów i postów, z drugiej - hejterzy treści zbyt krótkich. 

Dziękuję Wam za tę - brutalną momentami - lekcję. Może wreszcie nauczy mnie ona dystansu, którego zawsze mi brakowało. Czas się pogodzić z tym, że nigdy nie zrobię dobrze wszystkim na raz, bo tych wszystkich jest po prostu za dużo, a każdy z nich ma swój punkt widzenia, swoją optykę, swoje zdanie. Jedyne, co mogę zrobić, to wsłuchać się w samą siebie i iść za głosem własnego serca.

Rok 2017 ma dużą szansę stać się dla mnie rokiem przełomowym, jeśli chodzi o bloga. Być może uda mi się poświęcić mu w 100% i zrezygnować z pracy na etacie. Być może, bo zanim wcielę to w życie, muszę być pewna, że tego chcę. Chciałabym wiedzieć, że pracując z domu nie stanę się zaniedbanym szlafrokowym trollem ze światłowstrętem, tłustymi włosami i śladami sosu z pizzy na laptopie. Niestety, tej pewności nikt mi nie da, a ja znam siebie na tyle, że umiem ocenić ryzyko. Jest gigantyczne.

Teraz, pracując na etacie i mając jeszcze w bonusie dwójkę małych dzieci, nie jestem w stanie wykorzystywać całego potencjału tego bloga. Oby kiedyś się to zmieniło. Nie nie, Panie Kuratorze, dzieci zostają, nie to miałam na myśli!

Jeśli ktoś z Was nie załapał się na ankietę, a chciałby coś mi przekazać, może zrobić to w komentarzu lub mailem (piatypokoj@gmail.com). Śmiało, biorę wszystko na klatę!