Wieś tańczy i śpiewa, czyli moje nowe (cha)łupy

13.4.16

Ostatnio trochę zaniedbałam bloga, ale sporo się u nas działo i trzeba było przez chwilę pożyć w realu. Mały, odstawiony od piersi, bardzo się rozgadał (Mama, pójść pawiów!!!), Duży nauczył się jeździć na rowerze, ja miałam pierwszą w życiu tomografię i hybrydowy pedicure.

Po tych dwóch tygodniach stwierdzam jednak, że real jest fajny, ale nieco przereklamowany. W wirtualnym świecie nie ma wahań pogody, chorób (przynajmniej bakteryjnych, bo wirusowe, to i owszem) i głośnych sąsiadów. I nie czuć zapachów, więc mogę sobie tu teraz siedzieć i pisać do Was, zajadając kanapkę z najbardziej śmierdzącym serem, jaki stworzyła ludzkość. I nikt mnie nie zdyskryminuje i nie będzie krzyczał fłuuueeeee! Nie to, co u mnie w domu.

[Kiedy beztrosko spożywam sobie taki ser, zawsze przypomina mi się szkolna wycieczka do Paryża i moje dwa arcyzarąbiste kozie camemberty pleśniowe, które sobie kupiłam błąkając się u podnóża Montmartre. Minęło szesnaście lat, a ja do dziś pamiętam, jak bardzo się cieszyłam w domu, narkotyzując się ich odorem silniejszym niż smród tysiąca średniowiecznych onuc i delektując glutowatą, półpłynną konsystencją. To, że cała klasa miała totalnie przesrane jadąc ze mną i moimi serami przez 24h jednym autokarem (i że całą drogę mi za to cisnęli), przestało mieć w owym momencie jakiekolwiek znaczenie. To była ekstaza godna Masterszefa.]

Skoro już jesteśmy przy zapachach, które wszyscy (oprócz mnie) uważają za brzydkie i niegodne, to zapraszam Was do mojego wiejskiego kącika w salonie. Na wiejski kącik składają się: 


  • niebieska szafka, upolowana na OLX. Ze śliczną sterczyną, rzeźbionymi rantami i szufladą wyposażoną w mechanizm pełnego wysuwu. A kiedy mówię pełnego, mam na myśli naprawdę pełnego: z finałem na palcach u stóp Wysuwającego.
    Ta szafeczka przypomina mi niebieskie mebelki, które w wakacje widzieliśmy w Muzeum Ziemi Kościerskiej w Kościerzynie, choć jest znacznie mniej ozdobna i mniej zabytkowa.
  • obraz, a na obrazie fragment skansenu w Łowiczu. Oczywiście... z OLX. Bardzo mnie urzekła jego niedoskonałość, kolorystyka, wiejski klimat oraz cena (kolejność przypadkowa). Jako łowczyni talentów, mecenaska sztuki i koneserka rustykalnych pejzaży, kupiłam od razu dwa. Kto bogatemu zabroni.
    Poza tym, wybaczcie, ale rzygam już plakatami i typografią. Chciało mi się płótna i olejnej farby. Prawda jest właśnie w tym, a nie w sentencjach o kawie.
  • krowa
  • kosz wiklinowy wypełniony obornikiem - dla zapewnienia pełni wrażeń zmysłowych w wiejskim kąciku. Z kosza można też zrobić lampę, pamiętacie?

Dziewczęta, poprawcie ruciane wianuszki i zaglądajcie, śmiało:



Po więcej mebli upolowanych przeze mnie na OLX zapraszam tu:

KOMODA Z PRL
STARA SZAFKA BIBLIOTECZNA
SZWEDZKIE KRZESŁO


Spodobał Ci się ten post? Dziel się nim i śledź Piąty Pokój, aby być na bieżąco!

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

You Might Also Like

46 komentarzy