07.02.2020

Less waste we wnętrzach, czyli 20 używanych mebli, które zabiorę do grobowca

Jako miłośniczka częstych zmian w domu, mam na sumieniu wiele nieekologicznych zachowań. Bywały momenty, gdy farba lała się w naszej hacjendzie nieprzerwanym strumieniem, jak woda z cudownego źródełka (z tą różnicą, że farba nie leczy zaćmy, wzdęć ani chorób kobiecych). Jakim cudem śpię spokojnie, a rano bez większego obrzydzenia patrzę w lustro? Ano takim, że zarówno to lustro, jak i milion innych rzeczy w moim domu pochodzi z drugiej ręki.



NAJBARDZIEJ EKO JEST TO, CO JUŻ MASZ
(LUB CO MA KTOŚ INNY)


Nie da się ukryć, że w nasz konsumencki świat wkroczyła, cała na biało, nowa prawda: najbardziej eko są te rzeczy, które już mamy. Ja patrzę na to nieco szerzej (muszę, religia mi każe) i mówię, że najbardziej zrównoważone kupowanie to kupowanie tego, co już jest w obiegu. Tego, co zostało już wyprodukowane, zakupione i - wciąż będąc dobrym i sprawnym - po prostu się komuś odwidziało.

Korzystanie z przedmiotów z drugiej ręki jest nie tylko lepsze dla naszej planety, ale i zdrowsze dla nas samych. Pierwszy właściciel musi się też swoje nawdychać - niemal wszystko, co kupujemy do domu, w początkowym okresie użytkowania oddaje do otoczenia chemiczne wyziewy: opary z klejów, farb, lakierów, w tym drażniący (szczególnie alergików i osoby wrażliwe) formaldehyd. Fuj, prawda? To właśnie kolejna - oprócz tej katalogowej - cena nowych mebli: piekielne miazmaty. Globus murowany.


UKRYTE BENEFITY NISKIEJ CENY


No ale powiedzmy, że mamy wszyscy zdrowie jak koń albo konik Przewalskiego przynajmniej i toksyczne odory nam niestraszne. Kupowanie używek ma też inną wielką zaletę: są one po prostu tanie. Niejeden anonimowy komentator posądzał mnie o kłamstwo, kiedy chwaliłam się w Internecie, że za szkolną ławkę i rattanowy kwietnik zapłaciłam po 20 zł. Moje ukochane lustro, szafka łazienkowa i komoda PRL kosztowały po 120 zł, ławka około 100, a pers - oryginalny wełniany Hamdan - 300 polskich nowych złotych z sygnaturą Prezesa NBP. Za drobnicę, jak np. dziecięce przedszkolne krzesełka czy wiklinowe kwietniki dałam po piątaku, słowo skauta.

Niska cena jest zajebista sama w sobie, ale daje mi jeszcze jeden benefit: luz. Wiem, że jeśli dany mebel się u mnie nie sprawdzi, nie wpasuje we wnętrze albo nie zdobędzie błogosławieństwa reszty domowników, mogę się go pozbyć nie tracąc na tej transakcji niemal nic. Trochę jakbym robiła sejwa w grze - w razie wpadki odradzam się przy checkpoincie, ładuję manę, uzupełniam HP i nakurwiam dalej.

Używki sprzedaję zazwyczaj w tej samej cenie, w jakiej je kupiłam, tłumacząc sobie, że w kilkudziesięcioletniej skali życia danego przedmiotu te parę miesięcy spędzonych u mnie nie wpłynęło negatywnie na jego wartość (phi, a może wręcz pozytywnie!). Zresztą, nawet jeśli nie będzie chętnych na dany okaz i trzeba będzie puścić go w świat za darmo, to wciąż nie jest wielka strata w porównaniu z dziurą w portfelu (i w sumieniu), jaką wydrążyłby nam w takiej sytuacji nowy mebel z czterocyfrową ceną.


MÓW MI JOR HAJNES


Wychwytywanie niekochanych już perełek było swego czasu moim hobby - mam w domu tyle cudownych łupów z Internetu, że zostałam samozwańczą Królową OLX. Naprawdę, miałam niezwykły flow w wyszukiwaniu wspaniałych okazów - tak niezwykły, że urządziłam nimi niemal całe nasze mieszkanie (i wciąż nie miałam dość). Nie uszło to uwadze samego OLX i - jak pamiętacie lub nie - dwa lata temu nakręcili u mnie na chacie reklamę telewizyjną ze skromnym udziałem moim i moich ukochanych łupów. Bardzo ciekawe doświadczenie: trauma i miłe wspomnienie w jednym - coś a la przedszkolne wizyty Mikołaja z wacianą brodą w tych dziwnych czasach, gdy wszyscy popierdalaliśmy jeno w rajtach.

Od pewnego czasu tempo, w jakim ściągam do domu starocie, znacznie zwolniło - nasz dom się chyba nasycił (a Staremu to nawet się ciut ulało). Obecnie mamy już naprawdę imponujący garnitur mebli i dodatków z drugiej ręki i chyba nie potrzeba nam ich więcej (Boże, powiedziałam to na głos...). Do większości z nich mam na tyle emocjonalny stosunek, że znalazłam się w patowej sytuacji: chciałby człek coś puścić w świat i znaleźć sobie nowe, a nie może, bo się przywiązał jak głupi. Zupełnie jak do dzieci LOL.


TOP... ILE?


Chciałam Wam pokazać moje TOP 10 ulubionych używanych mebli i dodatków z drugiej ręki, ale nie dało się. Wszystkie dzieci nasze są, Basia, Majkel, Marysia, Dżon, a także każda komoda, stolik, dywan, krzesełko i kwietniczek. A matka, choć patuska, kocha wszystkich tak samo, dlatego oto moje...


#UKOCHANEUPOLOWANE TOP 20



1. WYSPA KUCHENNA ZE STAREGO BUFETU


Nasze opus vitae, totalnie. Najtańszy bufet, jaki znalazłam na OLX + szuflady z IKEA o wartości płacy minimalnej w 2020 r. (netto). To jedna z najbardziej charakterystycznych rzeczy w naszym mieszkaniu. Robi takie WOW, że można spokojnie odpuścić sprzątanie kuchni, bo i tak wszyscy gapią się na bufet i jego zdobienia. Dokładny opis wykonania tego giganta znajdziecie TUTAJ.


2. KREDENS W ROLI KWIETNIKA


Kolejny, jak to się mówi w pocztowym slangu, gabaryt. Uratowany przed spaleniem kredens przerobiłam na gigantyczny kwietnik, który mieści mnóstwo zieleniny. Tak to bywa, gdy roślinna pasja wymknie się spod kontroli i zboczy w kierunku obsesji... Kredens wymagał wiele pracy, a dokładne PRZED i PO możecie zobaczyć w poświęconym tej metamorfozie wpisie TUTAJ.


3. STARE LUSTRO

Gdyby mi ktoś zagroził, że dźgnie mnie nożem (albo włączy serial Friends), jeśli nie wskażę jednego starocia, który jest mi najbliższy, prawdopodobnie wybrałabym to stare lustro. Wszystkie pozostałe meble i dodatki byłabym w stanie jakoś zastąpić, natomiast nigdy i nigdzie nie widziałam podobnego zwierciadła - jest jedyne w swoim rodzaju. Jego konstrukcja wskazuje na toaletkową proweniencję, ale ja jakoś wolę sobie wyobrażać, że jeździło po świecie z trupą cyrkową i co wieczór, przed występem, przeglądała się w nim Kobieta z Brodą.


4. KOMODA POD UMYWALKĄ


Nie jest to pomysł nowatorski. Nie był nim nawet te kilka lat temu, kiedy składałam tę instalację do kupy. Stare komody pełnią służbę w wielu znanych mi łazienkach i robią to nadzwyczaj dobrze. Zaadaptowanie takiego mebla do nowej roli jest bajecznie proste - jedynie kwestia blatu może nastręczać niewielkich trudności. Ale spoko, i o tym Wam niebawem napiszę.


5. DYWANY



Drugi, kupiony na OLX za 300 zł, okazał się oryginalnym, ręcznie supłanym Hamdanem z Iranu. To jest, Łobuzy, jeden z lepszych łupów, jakie zagrabiłam. Nie tylko wartościowy, ale po prostu piękny, o mieniącym się, szalenie trudnym do uchwycenia kolorze i wzorze maskującym wszelkie syfy, łącznie z kocim rzygiem. Taki dywan to skarb. Poczytajcie o nim więcej TUTAJ.

Nie, nie sprzedam. Życzę sobie być w niego zawinięta po śmierci.


6. SZKOLNA ŁAWKA


Przeuroczy mebel, fundujący mojej Mamie sentymentalny rejs przy każdej wizycie. Pacholęciem będąc, siedziała Ona bowiem właśnie przy takiej ławce, w pierwszej be czy innej tam pierwszej. Ławka ma rowki na obsadki i otwór na kałamarz, do którego dziś można np. wrzucać kinderczekoladę, którą nie mamy ochoty się dzielić. Kupiłam ją za całe 20 zł, już skróconą i zaadaptowaną do roli ławy. Zresztą, stopy też genialnie podtrzymuje. Więcej poczytacie o niej (i o woźnym Marianie) TUTAJ.


7. ŁAWKA "BONANZA"


Kolejne OLX-owe znalezisko, którego sama sobie zazdroszczę, to ławka od rumuńskiego kompletu mebli Bonanza. Że kompletami gardzę, to wiecie, ale jeden element wyjęty ze stada jak najbardziej mi odpowiada. Nie odpowiadało mi za to, że ławka - gdy ją kupiłam - była narożna. Trzeba było oddać ją w ręce specjalistki (w tej roli moja siostra cioteczna) i cierpliwie poczekać na efekt. TUTAJ możecie zobaczyć, jak wyglądała PRZED. Dla chętnych: uronienie łzy nad jej strasznym kolorem.


8. SZWEDZKIE BIURKA VINTAGE


Jakież to są cacuszka, to aż słów mi brak. Dwa biureczka (zaczynam używać zdrobnień, może się wkrótce zrobić dziwnie) wyszperane na OLX (wiadomo). Kiedy za oceanem do kin wchodziło Zabić drozda, w Polsce mój dziadek jechał do Urzędu Stanu Cywilnego, zastanawiając się zapewne, czy nie zrobić babce psikusa i nie nazwać mojej dopiero-co-narodzonej matki Andżela, a w jakiejś szwedzkiej fabryczce (znowu zdrobnienie...) ktoś, niczym kropkę nad i, stawiał na tych biurkach pieczątki z nazwą firmy. Są cudowne, a odnawianie ich było czystą przyjemnością. Kiedyś Wam na pewno o tym opowiem.


9. NIEBIESKA SZAFKA


Jeden z mebli, które nie kosztowały mnie ani grama pracy, a wciąż generują pytania o kolor farby, technikę malowania i, ogólnie, takie takie. Powiem to raz jeszcze, wszystkim na raz: jedyne, co zrobiłam z tą szafką, to wniosłam do domu! Serio. Po co poprawiać coś, co jest tak piękne? Urzeka mnie jej lekko zdobna forma, falująca sosnowa sterczyna, żłobione narożniki i uchwyty, wymalowane złotą farbką detale. Kochom jom. Jakieś słabe fotki znajdziecie TUTAJ, ale wchodzicie na własną odpowiedzialność - nie zwracam ekwiwalentu za stracony czas.


10. OBRAZY DIY

Spersonalizowane "dzieła sztuki" to jedna z łatwiejszych rzeczy, którymi możecie ozdobić swój dom. Na OLX kiepskie obrazy są tanie i powszechne, materiału więc nie brakuje. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i... patataj! Pogalopować tam, gdzie zachodzi dobry smak i rodzą się chore pomysły. Na naszych ścianach wiszą następujące owoce takich przygód w siodle:


UFO






11. CZERWONA BIBLIOTECZKA


Rumuńska Bonanza po raz drugi. Ta szafeczka to jeden z modułów wielkiej meblościanki - jest bardzo ciężka i masywna, wymagała więc ponadprzeciętnie dobrego mocowania. Jest jednym z miejsc, gdzie trzymamy książki chłopaków, obok, m.in., huśtawek, regałów, parapetów, komód, podłóg, itp.
Jej strażacka czerwień to jeszcze wizja poprzedniego właściciela - jakoś nie chciało mi się bawić w przemalowywanie, skoro tak fajnie wpasowała się w sypialnię dzieciaków. Więcej fotek i lista naszych ulubionych książeczek dla dzieci 3-5 letnich TUTAJ.


12. SZAFKA KATALOGOWA


Nie pytajcie, jak zdobyć szafkę katalogową za 120 zł - ja do dzisiaj nie rozumiem, jak mi się to udało. Może to duch Karola Darwina podsunął mi owo ogłoszenie na Allegro - w końcu komódka pochodzi z Zakładu Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Łódzkiego... Żeby uczynić z niej mebel choć trochę funkcjonalny, trzeba było ją na czymś postawić. W skrócie, odbyło się to tak:


Więcej o szafce (i o Śledziu Krystianie) TUTAJ.


13. FOTEL RATTANOWY


...zwany też Wyjątowo Szpetnym Fotelem, głównie za sprawą tego, jak wyglądał PRZED tym, gdy uleczyły go moje ręce. Zobaczcie sami TUTAJ. Kosztował 29 zł i wyglądał na 29 zł, dopiero po żmudnym malowaniu i lekkim podrasowaniu skórzanymi rzemieniami zaczął przypominać człowieka. Z twarzy nadal podobny jest do nikogo, ale przynajmniej nie straszy już małych dzieci.


14. PRZEDSZKOLNE KRZESEŁKA


Nie wiem, ile kosztuje paczka papierosów, ale chyba więcej niż dałam za te dwa dziecięce krzesełka ze sklejki i metalu. Bo dałam dychę. Wprawdzie plan był nieco inny, bo krzesełka miały - odnowione - służyć dzieciom przy stoliku w bawialni, ale jakoś te dzieci tak szybko urosły, że nie zdążyłam nic zrobić... To był moment, panie kierowniku!

Na szczęście znalazłam tym malutkim mebelkom nową rolę: robią za kwietniki. Kwietników nigdy za wiele.


15. KOMODA PRL


Ta peerelowska komoda miała już u mnie różne odsłony, acz przyznać trzeba, że wszystkie dość nieśmiałe i zachowawcze. Najpierw wypróbowałam na niej odwracalną naklejkową metamorfozę (TUTAJ), a potem po prostu przemalowałam jej nóżki (TUTAJ). Nie jest to mebel z mojego top ten, ale muszę przyznać, że i tak trochę się z dziadem zżyłam. Do twarzy jej z moim Colargolem.


16. ŁÓŻKO DZIECIĘCE


Kiedyś już wspominałam, że moje dzieci od zawsze miały prawie wszystko używane: wózki, bujaczki, nosidła, ubranka i niektóre zabawki. Teraz mogę się zasłaniać względami zdrowotnymi i ekologią, ale prawda jest taka, że nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby kupować nowe akcesoria, skoro i tak zostaną błyskawicznie obsrane, obrzygane, a na dodatek okażą się za małe, nim zdążę trzy razy powiedzieć "urlop wychowawczy". Tradycję tę staram się kontynuować i teraz, kiedy moi synowie kumają już, co to lumpeks i OLX. W ten sposób znalazłam łóżko dla Małego - stary ikeowski LEKSVIK to jedna z moich ulubionych kolekcji - jednak co lite drewno, to lite drewno. Wystarczyło zmyć naklejki po jakimś obcym dziecku i czekać, aż moje własne zapełni tę pustkę.


17. BAMBUSOWY KWIETNIK


Niewiarygodne, że ten delikatny, supertani kwietnik ma taką moc skłócania małżeństw. A może sęk w tym, że kilka lat temu obiecałam Staremu, że go odmaluję w przyszłym tygodniu, tylko nie doprecyzowałam, w jak bardzo przyszłym?


18. WISZĄCE KWIETNIKI


Nie myślcie sobie, że cudze chwalę, swego nie znając - co tam bambusy, skoro można mieć polską lokalną narodową wiklinę? I to po 5 zł od sztuki. Dobrze, już się zamykam - widzę te pomidory w Waszych dłoniach. W sypialni się zamykam, znaczy.


19. LAMPY INDUSTRIALNE


Często jestem pytana o oświetlenie w kuchni, zwłaszcza o źródło zielonych lamp znad wyspy. Prawda jest tyleż prosta, co niesatysfakcjonująca dla wszystkich, którzy chcieliby pstryknąć palcami i kupić takie klosze w sklepie. Są to stare industrialne lampy, które znalazłam na Allegro. Kolor jest oryginalny, natomiast dokupione czarne maskownice sufitowe i łańcuchy to już moja inwencja i myśl techniczna.


20. SZKOLNA MAPA


Mapa z naszego domowego biura, która wygląda na zabytek, choć ma zaledwie 30 lat - obstawiam, że w szkolnej kanciapie było ostro jarane. Przyszła do mnie (no zgadnijcie, skąd) bardzo śmierdząca i w bardzo brzydkiej oprawie (biała plastikowa rurka). Na szczęście ultratanie oprawianie plakatów to moja specjalność, toteż i Światu dorobiłam stylowe drewniane listewki (jak? O tym TUTAJ). Od razu przestała wyglądać jak zajebana z klasy. Teraz przynajmniej wygląda jak zajebana z muzeum.