07.11.2019

Kwietnik XXL, czyli jak uratowałam stary kredens przed spaleniem

Są na tym świecie dwie rzeczy, które dają mi poczucie totalnego spełnienia. Domknięcia doskonałego w swych krągłościach obwarzanka życia. Orgazmicznego połączenia z Ziemią, Słońcem, Kopernikiem i satelitami Google Maps. Głębokiego przekonania, że - mimo rokowań mojego wychowawcy z liceum - mogę uczynić tę planetę lepszym miejscem i zostawić po sobie wyjątkowe dzieło.

Nie, nie mówię o dzieciach, ale to słodkie, że o tym pomyśleliście.


Jedna z tych rzeczy to chwila, gdy udaje mi się na nowo złączyć w miłosnym uścisku dwie rozdzielone przez zły los (i niestaranną segregację) kochanki: smętną, pojedynczą skarpetę z dna kosza z czystym praniem oraz jej partnerkę z szuflady - czekającą wiernie jak Penelopa na Odyseusza. Zwijając je w ciasny kłębek, mruczę jak kot z reklamy, a w myślach widzę samą siebie stojącą w triumfalnej pozie na Nanga Parbat moich domowych możliwości - wiatr szarpie mą pelerynę, a rękawiczki Perfekcyjnej Pani Domu zawstydzają śnieg swą bielą.

ZEN.

Nirvana.

Koniec popierdalania w skarach nie do pary.


Druga rzecz sprawia, że myślę sobie: No, Kaśka, może i nie umiesz zrobić gwiazdy, może i przypalasz wodę na herbatę, może i oglądałaś Eurowizję więcej razy, niż człowiek jest w stanie unieść, ale teraz to ci się, kurwa, udało!

Tą rzeczą jest udany remont, metamorfoza i każde inne wnętrzarskie przedsięwzięcie. I jeśli wydaje się Wam, że zdarza mi się to często, jesteście w dużym błędzie. Znacznie łatwiej jest być ratowniczką SOPR-u (Skarpetkowe Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe) niż zadowoloną z siebie blogerką wnętrzarską.

Kiedyś pewnie będzie o porażkach. Założę włosiennicę i publicznie się wychłoszczę prezentując moje najgorsze remontowe fakapy. Ale dziś włączam narrację sukcesu: niechaj biją dzwony victorii, oto kolejny chujowy mebel zyskał nowe życie! Teraz czas na rozgłos. Kredensie, jesteś najlepszym kwietnikiem, jaki mogłam sobie wymarzyć.


ILE KOSZTUJĄ MARZENIA


Poszukiwaniom właściwego kredensu poświęciłam wiele cennych godzin mojego życia. Mogłabym w tym czasie przygotować się do maratonu albo przynajmniej jakiś maraton obejrzeć. Z kanapy. Na przykład maraton "Gwiezdnych Wojen".

Niestety, mimo wkładu czasowego, kredensu moich marzeń nie znalazłam na OLX. Ponieważ od razu przyjęłam, że nie chcę kupować typowego 'byfyja" z lat 50-tych (na pewno to kojarzycie: obłe linie, zaokrąglone szybki, futurystyczno-medyczny look), poprzeczka uniosła mi się mniej więcej do pach. Kredensy proste, przedwojenne i tanie, czyli takie, na jakich mi zależało, były natomiast w opłakanym stanie: jakby przez cały XX wiek chłostał je kwaśny deszcz i osrywały kormorany.

Z nieba, a konkretnie z naczepy ciężarówki wynajętego przewoźnika, spadł mi kredens "po znajomości". Koleżanka szukała sposobu, żeby uratować (na oko, niezbyt rokujący) mebel po babci przed spaleniem, więc błyskawicznie dobiłyśmy targu. 150 zł. Tyle kosztują niektóre marzenia.



PIERWSZE MACANKI Z NOWYM MEBLEM


Nasze pierwsze spotkanie z tą wielką, poznaczoną dziurkami drewnojadów, kupą drewna było trudne. Pełne wymownych spojrzeń. I milczenia. Sądziłam, że po raz kolejny dałam ciała i będę musiała przyznać się do błędu - w końcu nie każda moja wnętrzarska decyzja to sukces, a strzały w dziesiątkę zdarzają się równie często, co strzały w kolano. Stary z anielską cierpliwością pomagał mi dźwigać poszczególne elementy, zlewać je robakobójczą chemią, okręcać folią, składać z powrotem i szurać nimi po salonie. Wiary jednak nie było w nim za grosz, najwyżej nadzieja na seks.

I tak stał sobie mebel przez okrągły rok, trochę mnie pesząc ogromem potencjalnej pracy, a trochę już się w nasz dom wtapiając. Człowiek jest bowiem w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić - mówi Wam to osoba, która przez dwa lata miała na ścianie ramki z obcą rodziną uśmiechającą się spomiędzy krat passe-partout (mieli takie egzotyczne nazwisko: Frame).






A PO CO TO KOMU?


Od początku wiedziałam, że funkcją kredensu będzie przyjęcie na klatę jak największej ilości zieleniny - roślinna pasja w którymś momencie wymknęła mi się spod kontroli, zalała parapety, komody, a częściowo także podłogę i sufity. Nie chcąc mówić jej "prrrr!", musiałam znaleźć sposób na zwiększenie powierzchni, że tak powiem, pól uprawnych. Pewnego dnia oczyma wyobraźni zobaczyłam w tym konkretnym rogu pokoju kredens obwieszony kwiatami jak parkan plakatami wyborczymi. To było to.

W końcu brzydkie kaczątko przepoczwarzyło się pod mym pędzlem w łabędzia, a mówiąc ściślej: w wyjątkowy mebel o barwie pieczonego buraka. Wiem, że niektórym może on przywodzić na myśl pewien kolor na literę "f", ale w tym domu nie mówimy o tym na głos, ponieważ ja koloru na "f" nie lubię i na kolor na "f" w swoich czterech ścianach nie jestem jeszcze gotowa. Burak, śliwka, oberżyna, siniak po liposukcji - to zupełnie co innego.

Jak się to robi? A robi się to tak:


METAMORFOZA KWIETNIKA


POTRZEBNE MATERIAŁY I NARZĘDZIA:

  • środek owadobójczy (ja użyłam Altax Hylotox Q)
  • folia stretch
  • papier ścierny 240, ew. szlifierka (do dużych, płaskich powierzchni)
  • pędzel lub wałek (osobne do gruntu i farby)
  • grunt (użyłam Tikkurila Otex Akva)
  • emalia akrylowa (użyłam Tikkurila Everal Aqua Matt 10, kolor M425)
  • plecionka wiedeńska (stąd)
  • pistolet tapicerski
  • złotol, rozpuszczalnik i osobny mały pędzelek


PRZYGOTOWANIE

Najważniejsze w malowaniu mebli nie jest samo krycie ich farbą, a właśnie przygotowanie podłoża. Trzeba zacząć od rozpoznania, z jakim materiałem mamy do czynienia i jakim produktem wykończeniowym został on potraktowany. W tym przypadku było to lite drewno iglaste pomalowane dość grubą warstwą bezbarwnego lakieru.

Lakier nie łuszczył się, więc wystarczyło zmatowić go równomiernie papierem ściernym - jeśli chcemy zamalować mebel kryjącą powłoką, nie ma konieczności odsłaniania żywego drewna.

Drewnojady udało się pokonać, ale w meblu pozostały tysiące dziurek po ich działalności. Część z nich zakleiłam szpachlą do drewna, ale bez nadgorliwości - aż tak mi nie przeszkadzają. Po wyschnięciu nadmiar kitu zeszlifowałam papierem ściernym.

Po szlifowaniu zawsze należy odpylić powierzchnię - ja najpierw zbieram pył odkurzaczem (wiem, trafię do piekła AGD...), a następnie dokładnie zmywam resztę proszku wilgotną ścierką.

Gdyby dało się odkręcić metalowe okucia, uchwyty, etc., zrobiłabym to. Niestety, moje były przybite gwoździami i wolałam ich nie ruszać. Wyjęłam natomiast szybki - nie miały już być potrzebne.

GRUNTOWANIE

Dobrze przygotowane podłoże będzie przygotowane jeszcze lepiej, jeśli przed farbą użyjemy gruntu. Ze względu na swoją wysoką przyczepność, łączy się on zarówno z powierzchnią mebla, jak i z mającą po nim nastąpić farbą. Wymaga to dodatkowej pracy, ale opłaca się: zraszanie i szuranie glinianymi doniczkami na moim meblu nie robi żadnego wrażenia.

MALOWANIE

To zawsze wydaje się być najprzyjemniejsza część każdego projektu - w końcu wszystko zaczyna nabierać kształtu, a właściwie koloru. I to buraczkowego, bo na kwietniko-kredens wybrałam farbę Tikkurila Beetroot M425.

Jest to ciemna farba na nienapigmentowanej bazie C, przez co mebel wymagał aż trzech warstw, by biel gruntu przestała być widoczna. Trochę żałuję, że nie skorzystałam z opcji zabarwienia tego ostatniego na kolor farby - to na pewno skróciłoby moje męki.

WYKOŃCZENIE

Kiedy farba wyschła, pozostało zająć się detalami. Metalowe uchwyty szuflad i drzwiczek były w bardzo złym stanie, ale wyobraźnia podpowiadała mi, że kolor starego złota czy mosiądzu wydobędzie je z okuciowego czyśćca i dobrze zagra z fiol..., tfu, buraczkiem.

Zabezpieczyłam je dookoła taśmą malarską i pokryłam złotolem, który akurat miałam pod ręką. Złotol, jako że zawiera małe złote drobinki, należy często mieszać, żeby uniknąć smug. Narzędzia, jeśli chcecie ich użyć ponownie, trzeba wykąpać w rozpuszczalniku.

Na koniec, cała na rattanowo, wjeżdża plecionka wiedeńska. Dokładnie ta, mówię od razu, bo pytaliście, pytacie i pytać będziecie. Do ostatniego momentu wahałam się, czy wypełnić nią wszystkie trzy otwory po szybkach. Ostatecznie zdecydowałam się tylko na dwa, środkowy zostawiając roślinom, i uważam to za strzał w dziesiątkę. Plecionkę mocuje się szalenie łatwo: należy ją przybijać takerem, bardzo mocno naprężając, by nie dopuścić do powstania nierównej, pofałdowanej powierzchni. Ewłala!


I JAK SIĘ SPRAWDZA, SOMSIEDZIE?


Żyjemy sobie w tej symbiozie już dobre kilka miesięcy, więc mogę się swobodnie wypowiadać na temat kredenso-kwietników jako ekspertka. Otóż: jest dobrze.

Mebel pomalowany według schematu, który podałam Wam wyżej, sprawdza się świetnie. Większość roślin mam w glinianych doniczkach, dość często nimi żongluję, przestawiam, przesuwam, ale farba pozostaje nienaruszona. Dodatkowo, gliniane doniczki i podstawki zawsze są lekko wilgotne - po uniesieniu ich do góry widać ciemny, mokrawy krążek. Litemu, niezabezpieczonemu drewnu czy MDF-owi zrobiłoby to może kuku, ale farba, którą pomalowałam kredens, jest na to odporna. Wysycha i znów wygląda jak nowa.

Latem regularnie, co najmniej raz w tygodniu zraszałam rośliny bardzo drobną, penetrującą mgiełką z rozpylacza, mimo to nie widzę żadnych śladów uszkodzeń na kredensie ani plecionce (której niczym nie zaimpregnowałam, choć pewnie by można).

Szukajcie swoich kredensów, polecam!