10.07.2019

Prosta profanacja portretu przybranego przodka

DIY
"Zwykły obraz" mówią na niego dzieci. My mówimy "Edłord", choć w głębi ducha oboje wiemy, że to sobowtór Kevina Bacona. Po prostu nikt z nas nie przyznaje tego na głos - nie jest tajemnicą, że ja się Kevina boję jak anginy ropnej.



Edłord był marzeniem, które ziściło się w pewne czerwcowe popołudnie dwa lata temu, gdy na OLX znalazłam - niemalże u sąsiada - dokładnie taki portret, jaki chciałam. 45zł później jechał już ze mną do domu, a ja zastanawiałam się, jak by go tu...



Zwróćcie uwagę na to "niebawem" w opisie. To się nazywa optymizm.

Przeważnie jest tak, że muszę dłuższą chwilę pomieszkać z danym przedmiotem, zanim cokolwiek z nim zrobię. Wam również polecam to rozwiązanie. Dostaję od Was dużo próśb o poradę i podpowiedź, jak potraktować dany mebel, jak go przerobić, czym pomalować, gdzie kupić szablony i czy iść bardziej w zieleń kopru czy pleśni z kajzerki. Ja rozumiem, że chcecie działać, że pragniecie zaplanować wygląd przedmiotu czasem jeszcze zanim odbierzecie go od sprzedającego, ale dla mnie takie niezdecydowanie i niewiedza są najlepszą odpowiedzią na powyższe pytania. Nie wiesz, co zrobić? Nie rób nic. Pomieszkajcie z tym meblem, popatrzcie na niego o różnych porach dnia, w różnym świetle. Zobaczcie, jak komponuje się z tym, co go otacza. Wyobraźnia sama podpowie Wam, co robić. Może pewnej nocy, zamiast kolejnego koszmaru, w którym nago piszecie maturę wypisanym długopisem, przyśni się Wam wspaniała metamorfoza.

Decyzja odnośnie Edłorda również dojrzewała we mnie miesiącami. To zabawne, że na dzieci zdecydowałam się niemalże z dnia na dzień, a nad kolorem farby na komodę potrafię zastanawiać się i dwa lata. Losy portretu ważyły się długo, wahałam się pomiędzy zanurzeniem go wraz z ramą w farbie, domalowaniem wąsów, hełmu nurka, a naklejeniem ciemnych okularów. Wiedziałam jedno: niezależnie, co wybiorę - odwrotu nie będzie, dlatego na samą myśl drżały mi ręce.


W końcu, ze zgodnością godną młodego małżeństwa postanowiliśmy ze Starym: zrobimy mu zacieki z neonoworóżowej farby. Kupiliśmy farbę akrylową i gruby marker dla wandali. Taki do napełniania, z końcówką z siateczki, jak oldskulowe kleje "Ślimak", którymi smarowałam się w podstawówce, żeby potem straszyć mamę chorobą skóry. Przy pomocy markera nałożyliśmy grubą warstwę farby na górną część obrazu, tuż przy ramie. Stary, wyciskając farbę, regulował jej ilość, nakładając to mniej, to więcej. Następnie spionizowaliśmy Edłorda i czekaliśmy, aż grawitacja zrobi swoje. Gdy uznaliśmy, że zacieki są wystarczająco długie, odłożyliśmy portret na płasko, do wyschnięcia.


Niestety, nasza farba nas zawiodła - po wyschnięciu straciła mocny, odblaskowy niemal odcień i zrobiła się bardziej czerwona i nawet lekko transparentna. Pewnie kiedyś to poprawimy, ale Wam polecam zawczasu sprawdzić właściwości farby na innym przedmiocie, by uniknąć rozczarowań.

Mimo wszystko, bardzo mi się ten nowy Edek podoba: