31.05.2019

Janusz, kup cebulę! Czyli jak z szuflady zarządzać wszechświatem

DIY
To raczej nie jest blog, z którego dowiecie się, jak zaprowadzić w Waszym życiu idealny porządek, o nie. Temat organizacji jest mi, owszem, nieobcy - głównie przestępczych. O optymalizacji kiedyś słyszałam - to chyba coś słodkiego do jedzenia, prawda? Zarządzanie czasem? Czasem tak, czasem nie. Z naciskiem na nie. I na kropkę.



Ja już nawet nie liczę na to, że stanę się zorganizowana i efektywna. Ja się modlę o elementarny ogar, żeby z ameby życia codziennego stać się przynajmniej, no nie wiem, jamochłonem. Żeby szesnasty dzień z rzędu nie zapominać o oddaniu książek do biblioteki. Żeby wiedzieć, gdzie klucze, gdzie portfel, a gdzie resztki mojej przyzwoitości. No i żeby przestać mylić pastę do zębów z maścią na żylaki. 

Podejmowałam wiele rozpaczliwych prób uporządkowania swojego kalendarza, życia, dnia. Jedne miały mi pomóc zarządzać czasem w szerokiej perspektywie, inne tylko podpowiadać o drobnych domowych obowiązkach. Wszystkie się sprawdzały. Przez jakiś miesiąc.



NOTESIK


Mały notesik noszony zawsze i wszędzie. Najlepiej nie większy niż A6 i od razu z jakimś sprytnym chińskim rozwiązaniem do trzymania długopisu, bo mieć w kluczowym momencie notes, a nie mieć czym zrobić notatek, to jak być weganinem i przez cały dzień nikomu o tym nie powiedzieć. Dramat. To wyzwala ciemną stronę kreatywności i zmusza do pisania szminką, zrolowanym w kuleczkę źdźbłem trawy albo kocim bobkiem. To nie jest dobre. Tak się nie da napisać oświadczenia przy stłuczce. Uwierzcie.

Zamysł jest taki, żeby w notesiku notować... wszystko. Dosłownie wszystko, jak detektyw z kreskówki. (Swoją drogą, wyobraźcie sobie detektywa, który zapomniał długopisu i rozgląda się po trawniku w poszukiwaniu bobka...)

Ja zapisywałam w takim notesie zarówno dalekosiężne plany (głównie remontowe, you know me), książki, które chciałam przeczytać, fajne agrowczasy, jak i listy sprawunków bieżących i zupełnie nie bieżących. Miałam listy: "IKEA", "Rossmann", "Leroy Merlin", "Apteka", co - gdy już znalazłam się w rzeczonym sklepie - pozwalało wyeliminować odwieczne pytanie Co to ja jeszcze...?



Jednak najważniejszy był dla mnie dział drobnych rzeczy do ogarnięcia w domu. Cierpię na amnezję, jeśli chodzi o te wszystkie oderwane guziki do przyszycia, graty wymagające obfotografowania i wystawienia na OLX, drobne naprawy, podmalówki, itp., tym bardziej, że rozkręcona rączka od wózka przypomina o sobie dopiero na dole schodów, gdy już ją złapiemy i po raz kolejny zostanie nam w dłoni.

Mam tendencję do rozsiadania się wieczorem na kanapie z absolutnie świętym i czystym jak Dziewica Orleańska przeświadczeniem, że wszystko jest zrobione. To wspaniała zdolność i na co dzień bardzo się cieszę, że mój mózg potrafi tak beztrosko odcinać moje sumienie od niewykonanych obowiązków, ale czasem miło też coś faktycznie zrealizować i skreślić z listy. Wtedy można na tej kanapie siedzieć jeszcze bardziej beztrosko, a nawet i powiedziałabym, że jakiś dobry browar się należy. Czy tam pięć.

Notesik, mówię Wam, działa wspa-nia-le. Spina poślady jak przedsądowe wezwanie do zapłaty. Przez miesiąc. Potem stanowi już tylko zbędny balast w torebce, choć to też cenna funkcja i może się przydać, kiedy akurat będziecie lecieć balonem niebezpiecznie nisko nad liniami wysokiego napięcia.



LUSTRO


Nie znam twardziela, który potrafiłby rano od wstania z łóżka po zamknięcie drzwi mieszkania nie spojrzeć w lustro. Chociaż na chwilę trzeba przecież zerknąć, czy pianka do golenia spłukana, kreska nad okiem prosta, a włos nie potargan i nie zmierzwion ponad normę. Cóż więc prostszego niż wszystkie swoje to-dos przepisać na zwierciadło jakimś kredowym lub suchościeralnym markerem?

Przetestowałam i tę cudowną metodę: kaligrafowałam gotykiem "WYNIEŚ ŚMIECI" i "GRILL U PAWŁA - KUP PODWAWELSKĄ". Notowałam wizyty u specjalistów, kinderbale i daty spotkań, z których chciałam się wykręcić, symulując powikłaną anginę ropną. Co rano, niczym postać z bajki, pytałam: "Lustro w szafie, powiedz przecie, co mam kupić w hipermarkecie?", a lustro odpowiadało, przypominało, odświeżało pamięć. Przez miesiąc. Potem "ŚMIECI" i "OPŁATY" tak mocno wrosły w wystrój naszego domu, że przestałam je zauważać. Stały się po prostu dekorem.


TELEFON


W całym swoim życiu miałam około stu dziewiętnastu aplikacji ułatwiających ogarnianie życia. Teoria jest prosta: wrzucam do apki wszystkie zadania, zaległe sprawy, deadline'y i projekty, a kiedy telefon zagra metaliczne "tiruriru lala riruriru ruuu", ja wstaję, podwijam lewy rękaw, podwijam rękaw prawy i z werwą biorę się do roboty. Brzmi jak plan bez luk, prawda?

Hehe.

No więc nie.

Głownie dlatego, że po czternastu naciśnięciach guzika "Drzemka", telefon już nie tiruriru, a ja owszem nadal Netflix. Jak przewidzieć, ustawiając przypomnienie, czy akurat tego dnia, o tej godzinie, nie będę w trakcie decydującego... rozdziału książki? Albo ratującego życie... lunchu? Albo decydującego o mojej dalszej karierze... power napa? W życiu dzieje się tyle ważnych rzeczy, że po prostu nie zawsze da się je zakłócić pracą.

Zgadliście, apki sprawdzały się super. Przez miesiąc. Po tysiąc osiemset czterdziestym drugim powiadomieniu byłam już mistrzem ignorowania zewnętrznych bodźców. Nawet kilku mnichów buddyjskich się potem u mnie szkoliło.



SZUFLADA


Szuflada to taka nasza namiastka porządnej tablicy kredowej. Centrum dowodzenia wersja bieda. Kontrola ruchu lotniczego w Radomiu. Łapiecie już ten klimat, czy mam wymieniać dalej?

To Centrum Dowodzenia dla Ubogich było pomysłem na wykorzystanie dwóch szuflad z bufetu, który stał się naszą wyspą kuchenną (KLIK). Duże, drewniane, a przy tym dość płytkie szufladki nadały się idealnie do powieszenia na ścianie. Jedna mieści kalendarz i oferuje jeszcze ciut miejsca na przypinanie pinezkami notatek, list zakupów, spływających szerokim strumieniem zaproszeń na prestiżowe gale, itp. Drugą pomalowałam czarną farbą tablicową, żeby potem cały Instagram mógł wiedzieć, że skończył mi się majonez i gdzie robię pedicure.

Malowanie tablicówką jest łatwe i przyjemne, ale warto pamiętać o kilku zasadach:
  • Nakładaj farbę cienkimi warstwami
  • Po wyschnięciu warstwy, sprawdź, czy powierzchnia nie zrobiła się zbyt chropowata (tzn. czy nie "wstały" włókna drewna). Jeśli tak - przetrzyj ją bardzo drobnym papierem ściernym (np. 360).
  • Nie szlifuj ostatniej warstwy
  • Po dokładnym wyschnięciu tablicy (niektórzy producenci zalecają nawet tydzień) zamaluj ją całkowicie kredą, a następnie zmyj - to zahartuje powierzchnię, ułatwi późniejsze pisanie i czyszczenie 


Czy pomysł się sprawdził? Jasne! Przez miesiąc. Teraz szuflady służą głównie jako półka na dziwaczne bibeloty, kwietnik i miejsce, gdzie najprędzej można znaleźć ołówek. Zawsze coś, prawda?