Metamorfoza kącika PRL, czyli zmiany od dołu do góry

21.9.16

Kącik PRL, jak go pieszczotliwie nazywam, zyskał swoje miano dzięki stojącej tam komodzie upolowanej przeze mnie (oczywiście) na OLX. Po zakupie tak długo zastanawiałam się nad metamorfozą tego mebla i obejrzałam taki nadmiar inspiracji, że w końcu - jak to zwykle u mnie bywa - polubiłam ją taką, jaka była. Przyznam się Wam szczerze, to u mnie norma: im dłużej mam z czymś lub kimś, nawet nielubianym, do czynienia, tym większą sympatią zaczynam do niego pałać. A już ostateczna mogiła, jeśli ten ktoś mi się przyśni. Kiedyś w podstawówce (ale już tak pod koniec, kiedy nie można było lubić Backstreet Boys) przyśnił mi się Nick Carter. I potem, daję słowo, kochałam go całym sercem. Przez jeden dzień.


O czym to ja... Aha. Nie chciałam dokonywać w (na) komodzie żadnych drastycznych zmian, ale świerzbiące ręce nie dawały mi spokoju. Zafundowałam jej naklejki, by choć trochę ożywić ten stateczny brąz, ale po kilku miesiącach zerwałam je z przyjemnością (i fragmentami lakieru). W końcu, po pomalowaniu ławki w jadalni, wszystko zaczęło się w mojej głowie układać w sensowną całość. Pomyślałam, że rzucę na komódkowe nóżki tę samą żółć, co na ławę, wnętrze szuflad wykleję tapetą (uwielbiam, kiedy mebel ma ten rodzaj ozdoby i niejedną komodę kupiłam pod wpływem wzorków na dnie szuflady), a wiszącą nad nią półkę na skórzanych pasach zamienię na jakiś ciekawy plakat. Na coś fajnego, nie-nudnego, kolorowego i z lekkim jajem.


W sieci przypadkowo trafiłam na reprinty filmowych plakatów z Colargolem (pamiętacie ziomeczka?) i od tej pory chodziły mi one po głowie. Były duże, idealne do ramki 100x70 w której kiedyś mieszkał plakat FAMILY (do pobrania tutaj), kolorowe, wesołe, trochę przekorne. No i - co chyba najbardziej mnie przekonało - mam do tego misia sentyment, bo moi rodzice uparcie twierdzą, że jako noworodek do złudzenia go przypominałam. 


Moje życie ma w zwyczaju płatanie mi różnych figli, więc podczas ostatniej, rocznicowej wizyty z Mężem w Łodzi, a konkretnie w Muzeum Kinematografii, podsunęło mi plakaty z Colargolem pod sam nos - stały sobie zwinięte w rulony tuż za Panem Kasjerem. I kosztowały... Dwadzieścia złotych za sztukę. Tak, wiem, kosmos! Nie mogąc się zdecydować na konkretny kolor, wzięłam od razu dwa. Misiek zatem już wisi, a ja nie potrafię się nie uśmiechnąć za każdym razem, kiedy go widzę.
Trochę kłopotu sprawiło mi oprawienie go w tę gigantyczną ramę, trzeba Wam bowiem wiedzieć, że są na tym świecie trzy rzeczy, których szczerze nienawidzę: emotikonka z wystawionym językiem, ocena 4- i oprawianie czegokolwiek w ramę tak, żeby było równo.

Tego kabla od odkurzacza specjalnie się nie pozbyłam do zdjęcia - jest on dowodem na to, że czasem zdarza mi się sprzątać; z naciskiem na czasem i zdarza się.

Ponieważ jest to bodajże najmniej eksploatowany przez domowników kąt, spełniający niemal wyłącznie funkcję dekoracyjną (no dobra, jeszcze pieluchy Małego mieszkają wewnątrz komody; to jest zajebiście wysoko postawiona poprzeczka dla takiego mebla), postanowiłam wyhodować tu prawdziwą miejską dżunglę. A co. Zrobię to, choćby wszystko miało po miesiącu zdechnąć. Na razie kurzy się tu kilka kwiatków, ale do ostatniego słowa mi jeszcze daleko. Tuż przed zrobieniem zdjęć, w 15 minut wyprodukowałam trzy wiszące kwietniki, najprostsze z możliwych. Docelowo chciałabym jednak upleść coś bardziej fikuśnego i zróżnicowanego.

Oprócz kwiatów, na komódce mieszka także kilka nowych nabytków. Wspominałam już z ekscytacją na Facebooku, że TK Maxx, o którym tyle słyszałam, a w którym byłam tylko dwa razy ze względu na odległość, na moją wyraźną prośbę (nie no, żartuję) otworzył sklep całkiem niedaleko mnie - w CH Janki przy ul. Mszczonowskiej 3. Jest to już trzydziesty trzeci sklep w Polsce (tutaj możecie znaleźć je wszystkie). Wprawdzie nie udało mi się zajechać karocą z dyni na huczne otwarcie, ale teraz zamierzam być tam częstym gościem. Podczas pierwszej wizyty wypatrzyłam między innymi druciany koszyczek z rączką, butelkę, w której chwilowo stoją kocanki, orientalny kubek zatrudniony u mnie w roli osłonki na kaktusa i - no nie mogłam sobie odmówić - albumik NORDICANA ze stoma ikonami skandynawskości - wszystko w, muszę przyznać, bardzo przyjemnych cenach.

Mistrzem aranżacji to ja nie jestem, bo kompozycja ewidentnie ciąży w prawo. Ale powiedzmy, że ja lubię, jak ciąży. A w prawo to już szczególnie. Łapcie więc zdjęcia, wspomnijcie Colargola i zanućcie na jego cześć: Cze-ko-la... Cze-ko-la-da-la, czekoladowaaa jeeest aria ma! (Powiedzcie, że pamiętacie!)


Na koniec przygotowałam małe porównanie tego, jak zmienił się ten kąt naszego salonu. Która wersja bardziej do Was przemawia? Ja wiem jedno: zdjęcia robię lepsze niż kiedyś.



Osoby dramatu:
Komoda - OLX
Plakat Colargol - dostępny np. na Polish-posters.com
Koszyk druciany, kubek, żółta butelka, album Nordicana - TK Maxx
Gliniane doniczki, kwiaty - market budowlany
Sansewieria - od mamy
Rama - IKEA
Gąsior - Allegro
Bukiet kocanek - od takiej babci ze wsi obok



Spodobał Ci się ten post? Dziel się nim i śledź Piąty Pokój, aby być na bieżąco!

Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

You Might Also Like

41 komentarzy