22.02.2019

Kuchnia to nie tylko szafki, czyli (prawie) wszystko o akcesoriach i wyposażeniu


Mija dokładnie rok, od kiedy zakończyliśmy remont kuchni i muszę to przyznać: zerkając dziś w jej kierunku, cieszę się wciąż tak samo jak wtedy, świeżo po zdjęciu folii malarskiej. A może nawet bardziej, bo dziś mam już spłacone raty.


Po tych dwunastu miesiącach zebrało mi się sporo refleksji na temat jej użytkowania. Podsumuję je wszystkie w kolejnym wpisie, ale zanim to zrobię, pokażę Wam coś więcej niż szafki, fronty, płytki i kolory. Porozmawiamy o tym, co niewidoczne dla oczu, a co tak naprawdę w dużej mierze przyczyniło się do tego, że wybrałam kuchnię z IKEA, a nie od stolarza.

Dziś pogadamy o bebechach.

Bardzo często powtarzam takie zdanie (więc możliwe, że już je ode mnie słyszeliście) i powtórzę je raz jeszcze: Cenię IKEA za to, że jej projektanci mają mózgi. Lubię sprytne rozwiązania, lubię kompatybilność, lubię pomysły na optymalizację przestrzeni, lubię od ręki i lubię niezbyt drogo. Ale przede wszystkim, lubię widzieć i czuć, że przedmiot, który trzymam w dłoni, ktoś przemyślał. Że zadał sobie pytanie: co najbardziej ucieszy Kasię? Co ułatwi Kasi życie? Co Kasi pomoże? A potem naszkicował to ołówkiem na papierze milimetrowym i puścił na taśmę produkcyjną.



LICZY SIĘ WNĘTRZE (SZAFEK)

Nie wiem, jak Wy, ale ja, zamawiając kuchnię, byłam skupiona głównie na jej układzie, na doborze frontów, na sprzęcie i na tym, czy będzie spoko wyglądała z zewnątrz (na Insta, wiadomo). Nie zawracałam sobie głowy i portfela wyposażeniem, wnętrzami szafek i szuflad. Dopiero po montażu i wypełnieniu mebli sprzętem i produktami spożywczymi zaczęłam powoli ten swój kącik doposażać – żeby nie tylko miło mi się na to miejsce patrzyło, ale też jak najlepiej się z niego korzystało.

Skupcie się teraz, bo otwieram przed Wami wnętrze.

Szafek, ma się rozumieć.


ORGANIZACJA W SZAFKACH I SZUFLADACH

Do tej pory z organizacji znałam głównie te przestępcze. Zresztą na dobrą organizację raczej się w życiu nie napatrzyłam. Pamiętam narzędzia dziadka wymieszane w wielkim pudle – wyjmując śrubokręt można było przy okazji wyciągnąć punktak. Wbity w śródręcze. Albo szufladę z przyborami kuchennymi w domu rodzinnym – przybory lubiły się czepiać jeden drugiego, jak w „Rzepce” Tuwima: trzepaczka do białek chwytała się kurczowo łyżki cedzakowej, ta ciągnęła za sobą tłuczek do ziemniaków, a z tłuczka, wesoło sobie dyndając, zwisały szczypce do grilla. Chowanie ich z powrotem było zaś frajdą porównywalną z upychaniem żywej ośmiornicy do słoika po dżemie – cała ta kuchenna drobnica wystawiała bokami rączki, nóżki i metalowe wąsy, żeby tylko uniemożliwić wsunięcie szuflady.

Na szczęście czasy są już trochę inne (choć – wiadomo – tęsknoty za ówczesnym pieczywem nic nie ukoi), pełny wysuw w szufladzie oznacza teraz coś zupełnie innego niż kiedyś, a białka ubija mi mikser, a nie ta dziwna krzyżówka przepychacza do kibla ze sprężyną.


A skoro mamy taką możliwość, to choćby i z czystego egoizmu warto dopieścić wnętrza swoich mebli kuchennych – to po prostu bardzo ułatwia życie.

Zanim w ogóle pomyślimy o dodatkowym wyposażeniu szuflad i szafek, warto zadbać o to, co na dnie. Filcowa mata PASSARP zapobiega porysowaniu wnętrza mebla, chroni je przed wodą i działa wytłumiająco. Jeszcze jeden plus: okruchy są na niej mniej widoczne! A kiedy zaczną już Wam przeszkadzać – matę można wytrzepać, a nawet wyprać.


Szuflady, w których przechowujemy drobne przedmioty, kuchenne przybory, plastikowe pojemniki czy np. patelnie (ach, jak one lubią wystawiać rączki…), można uzupełnić dodatkowym szklanym bokiem MAXIMERA, który powstrzyma ten prison break. Ja zabezpieczyłam w ten sposób np. akcesoria do gotowania – nie dość, że nie uciekają, to jeszcze mogę układać je w wyższe stosiki!


Gadżetami, które odkryłam całkiem niedawno i które teraz wciskam kompulsywnie, gdzie się da, są przegrody do szuflad MAXIMERA. Można nimi podzielić wnętrze szuflady bez żadnej straty powierzchni (nie to co w przypadku koszyków czy pojemników). Dobrze nadają się nie tylko do rozdzielania produktów różnych kategorii, ale także do uziemienia wędrujących po szufladzie garnków, słoików czy filiżanek. W szufladzie z pojemnikami na żywność wydzieliłam taką przezroczystą ścianką miejsce plastikowym wieczkom – stoją teraz grzecznie na baczność, a ja widzę je z góry jak na dłoni. Nagle okazało się, że dobranie pokrywki do pudełeczka może zajmować mniej niż półtorej godziny…


Skoro była mowa o wędrówkach, to warto wspomnieć o czymś, co ochroni i utrzyma w miejscu nasze stosy talerzy. To uchwyt VARIERA – występuje w dwóch rozmiarach, a każdy z nich można dostosowywać do średnicy poszczególnych elementów zastawy.


Na dzwoniące przy każdym wysuwaniu szuflady pokrywki od garnków rozwiązaniem jest kolejny członek rodziny VARIERA (rany, co za geny… czy da się tę rodzinkę skrzyżować z homo sapiens?), czyli metalowy stojak o regulowanym rozstawie. Równie dobrze co z pokrywkami, poradzi sobie z deskami do krojenia, brytfankami do pieczenia i innymi płaskimi, lekkimi przedmiotami.


Układanie sztućców w stworzonych do tego, płytkich szufladach, to chyba najprzyjemniejsza rzecz podczas wprowadzania się do nowej kuchni. Bambusowe tacki na sztućce VARIERA są bardzo wytrzymałe, dlatego skutecznie chronią ścianki mebla przed ząbkami widelców. Ponadto, są tak skonstruowane, że pozwalają wykorzystać niemal całe miejsce w szufladzie. Naturalny, szybko odnawialny surowiec to też ich spora zaleta.


W większych korytkach można przechowywać sztućce, a w mniejszych – wykałaczki, gumki recepturki, otwieracze do piwa i (koniecznie!) parasolki do drinków. Żeby wypełnić szufladę można – zależnie od jej rozmiaru – użyć jednej lub więcej tac. Do mojej osiemdziesiątki, oprócz największej VARIERY, mieści się jeszcze taca na noże – ze specjalnymi rowkami utrzymującymi ostrza w pionie.


Ja trzymam słoiki na przyprawy w szufladzie wystarczająco wysokiej, żeby mogły tam swobodnie stać. Jeśli jednak macie do dyspozycji tylko szuflady płytkie, a chcecie mieć kardamon i tymianek pod ręką, gdy gotujecie jajo na twardo, rozwiązaniem może być specjalny wkład na słoiczki. Ma antypoślizgową powierzchnię i można go łatwo wrzucić do zmywarki, jeśli wysypie się Wam kurkuma.


Wprawdzie foliówki są już w złym tonie i większość osób, które znam, nie bierze ich w sklepach, ale wielorazowe worki też przecież trzeba gdzieś trzymać, prawda? Jeśli mieliście w domu pojemnik VARIERA, nie musicie go wyrzucać – po prostu przełóżcie do niego Wasze materiałowe torby. Albo siatki – jak te urocze retro woreczki z serii KUNGSFORS.

MIEJSCE NA WAGĘ ZŁOTA

Nie każdy aneks w bloku wygląda jak te gigantyczne kuchnie w literę „U” z Pinteresta, gdzie jest tyle miejsca, że jak człowiekowi spadnie łyżeczka, to musi dzwonić po ekipę z wykrywaczem metalu. Zazwyczaj mamy w kuchniach mniej miejsca, niż byśmy sobie życzyli, mniej szuflad niż byśmy chcieli, za to więcej rzeczy niż rozsądek nakazuje. Optymalizacja tej przestrzeni to dla wielu nie fanaberia i gadżeciarstwo, a konieczność.

Mam to szczęście, że w obecnej kuchni udało mi się umieścić niemal same szuflady (ajlowyt!) i generalnie nie narzekam na brak miejsca – dlatego wielu z opisywanych poniżej rozwiązań nie pokażę Wam u siebie. Ale chylę czoła przed troską IKEA o to, by jak najmniej centymetrów sześciennych naszych szafek się marnowało.

Ograniczone miejsce, a czasem ograniczony budżet sprawiają, że czasem mamy więcej klasycznych szafek stojących niż szuflad. Szafki z drzwiami ustępują szufladom pod kątem wygody i możliwości wykorzystania powierzchni, ale to jeszcze nie powód, by załamywać ręce. Szereg przemyślanych rozwiązań pomoże nam i z tych mebli wycisnąć to, co najlepsze.
Jeśli marzy się Wam więcej szuflad, możecie łatwo oszukać system, montując w swoich szafkach kosze na prowadnicach. Sięganie w głąb półki zamontowanej na wysokości dwudziestu centymetrów do łatwych nie należy. Wszystko, co tam stoi, skrywa mrok i często w ogóle o tym zapominamy. Kosze działają jak szuflady: wysuwając je możemy od razu ogarnąć wzrokiem i umysłem całą ich zawartość.
Sprytnie i niedrogo można również zagęścić wnętrze szafki montując wysuwane pudło VARIERA lub drążek na ściereczkę UTRUSTA (albo i jedno, i drugie). Przykręca się je na ściance korpusu szafki, u góry (tam, gdzie zazwyczaj i tak jest pusto i hula wiatr), a po pełnym otwarciu drzwiczek – wysuwa, by uzyskać dostęp do tej dodatkowej powierzchni przechowywania.
Górne przestrzenie półek to właśnie bardzo często zmarnowane miejsce. Gromadzi się tam zła energia, latają muchy i w ogóle po co komu powietrze w szafce? Powietrza można się pozbyć na przykład wstawiając dodatkową półkę VARIERA – dobre rozwiązanie do szafek ze szklankami, lekarstwami, herbatami i innymi niskimi przedmiotami.


Pojemniki na żywność IKEA 365+ wraz z dopasowanymi do nich uchwytami z tej samej serii również dają możliwość wykorzystania tego cennego miejsca – uchwyt mocuje się od spodu półki i wsuwa w niego pojemnik. Na dole półki można więc trzymać np. płatki śniadaniowe w słoikach, a u góry – podwieszone – pełne bakalii pojemniki 365+, wsunięte we wspomniane prowadnice.



SEGREGUJ LIKE A PRO 

Moim ulubionym miejscem w poprzedniej kuchni była zdecydowanie szuflada na śmieci. Nigdy wcześniej takiej nie miałam – zawsze był to po prostu jeden kubeł w szafce pod zlewem (w czasach mojego bardzo wczesnego dzieciństwa oczywiście bez worków, tylko wyłożony na dnie gazetą), a tym razem wreszcie dorobiłam się dużej, wygodnej szuflady i kilku koszy pozwalających na segregację.


W IKEA dostępne są specjalne, montowane w szufladzie ramy (UTRUSTA), do których wkłada się kosze na śmieci (VARIERA). Te ostatnie występują w rozmiarach: 22l, 18l, 11l (w wersji pełnej lub wentylowanej – z otworami) oraz 2l, można również dobrać do nich pokrywki. Kombinacji jest zatem po kilka i zarówno szufladę o szerokości 60cm, jak i 80cm można wypełnić tak, by jak najlepiej wykorzystać dostępne miejsce.


Po co montować kosze na ramie? Przez pewien czas korzystałam z pojemników po prostu wstawionych do szuflady: nie dość, że się przesuwały (ach, to dzwonienie butelek po piwie przy zamykaniu…), to jeszcze bardzo szybko brudziło się zarówno dno szuflady, jak i boki kubłów. Rama wypełnia puste przestrzenie i zapobiega spadaniu śmieci na sam dół (a komu by się potem chciało je stamtąd wyciągać, błagam…). Po cichu marzy mi się jeszcze doinstalowanie elektrycznego otwieracza UTRUSTA, który sprawi, że kosze będą wyjeżdżać po dotknięciu szafki biodrem czy kolanem.


Posiadacze tradycyjnych szafek na śmieci ocierają już pewnie łzy żalu, ale zupełnie niepotrzebnie – dla Was, Robaczki, zaprojektowano wysuwaną tacę na kosze. Taca jest płytka, nie koliduje więc z syfonem, ale z powodzeniem mieści największy, 22l kosz. W szafce o szerokości 60cm można zamontować dwie tace i cieszyć się niemal taką samą wygodą, jak przy szufladzie.
Jeśli nie macie pod zlewem tyle miejsca, by pomieścić tace do segregacji (bo na przykład mieszkacie w Australii i rodzina wombatów zrobiła tam sobie legowisko), możecie pogodzić interesy własne i Greenpeace’u, umieszczając wiszący kosz VARIERA po wewnętrznej stronie drzwiczek. Mój dziadek tak miał, pamiętam. A dziadek był spoko. Chociaż nie miał wombatów.



NA WIDOKU

Nie wszystko musi, a czasem wręcz nie wszystko może być schowane wewnątrz mebli. Przechowywanie na tak zwanym wierzchu nie musi być nieestetyczne i niepraktyczne. Przeciwnie, wydaje mi się, że jest właśnie bardzo praktyczne – wiele rzeczy jest pod ręką, a argument hejterów o osadzającym się kurzu nie ma zastosowana, jeśli z tych przyborów rzeczywiście korzystamy.


Wiele możliwości dają montowane do ściany szyny i akcesoria do nich. Dla miłośników tradycyjnych form: seria FINTORP, dla skłaniających się ku stylowi nowoczesnemu czy industrialnemu: KUNGSFORS. Na szynach można zamocować haki, klipsy, pojemniki, a nawet półeczki. Można wywiesić wszystkie ulubione łopatki do odwracania racuchów, w pojemnikach umieścić zioła, przy zlewie zamocować małą suszarkę, a na listwie magnetycznej trzymać noże. Opcji jest wiele, a pomysłowa realizacja może naprawdę znacząco przyczynić się do nadania naszej kuchni niepowtarzalnego, osobistego charakteru.



ZANIM KUPISZ

Wszystkie cwane pomysły, które dla Was zebrałam, możecie wcielić w życie w swojej kuchni IKEA choćby teraz (chociaż… piszę to w niehandlową niedzielę, więc jednak kłamstwo). Gdyby jednak zdarzyło się tak, iż czytać ten wpis będą osoby dopiero projektujące to pomieszczenie, wrzucam tu garść bardzo przydatnych rozwiązań, o których warto pomyśleć wcześniej – zanim panowie z firmy transportowej wniosą Wam na czwarte piętro bez windy 221 paczek z Waszą wymarzoną kuchnią.

Jeśli w projekcie umieściliście piekarnik pod płytą do gotowania, koniecznie dodajcie pod nim szufladę. To doskonałe miejsce do przechowywania akcesoriów do pieczenia, dodatkowych blaszek, brytfanek lub patelni.

Co jest lepsze od szuflady w kuchni? Szuflada ukryta w szufladzie! Płytka, niewidoczna z zewnątrz, dająca dodatkową przestrzeń do przechowywania niewielkich przedmiotów. Nad koszami do segregacji przechowuję w niej m.in. worki na śmieci i szufelkę. Powyżej sztućców ukryliśmy zaś kolejne tacki mieszczące patyczki do szaszłyków, metalowe słomki, nożyczki, otwieracze do piwa, rolki folii i cały ten jakże przydatny plankton.


Nigdy na dłuższą metę nie korzystałam z szafek typu cargo, może dlatego wydają mi się takie tajemnicze i pociągające. Nie wiem, jak sprawdzają się cargo szerokie, ale na przykład te 20-centymetrowe sprawiają wrażenie idealnego wypełnienia wąskich przestrzeni. W pobliżu kuchenki mogłyby zgrabnie zebrać wszystkie butelki z olejami i sosami, a przy zlewie – gąbki, ścierki czy tabletki do zmywarki.

Marzeniem, którego nie było mi dane jeszcze spełnić, jest wielka szafka gospodarcza. Jej wysuwane wnętrze to metalowa konstrukcja, na której można przechowywać to, na co nigdy nie ma w domu dobrego miejsca: odkurzacz, wiadro z mopem, środki czystości, ścierki. Jednym słowem: wszystko to, co biorę do ręki raz na kwartał, a powinnam znacznie częściej.


Aby mop jak najdłużej mógł być nieużywany, a sen – nieprzerwany, trzeba się strzec kałuż. Na te żółte, wiadomo, nic nie poradzimy. Ale w miejscach grożących zalaniem, szczególnie na drewnianej podłodze, warto zastosować ochraniacz podłogi NYTTIG. To taka plastikowa tacka, która odprowadza wodę spod cokołu – żebyśmy mogli jak najszybciej zauważyć awarię i odpowiednio zareagować. Na przykład poprosić wombaty, żeby tę wodę wychłeptały.

Szafki narożne są równie pojemne, co upierdliwe dla użytkownika. Po pozostawione w ich najdalszych kątach rzeczy trzeba wysyłać ekspedycję speleologów. Karuzela jest kompromisem, w którym na ołtarzu wygody składa się nieco powierzchni do przechowywania. Na mojej prywatnej karuzeli zamieszkały wszystkie roboty kuchenne, jakie mam – po prostu uwielbiam ten system! Kręcę półką jak kołem fortuny i jak księżniczka losuję: a to toster, a to parowar, a to maszynka do mielenia. Jedynie najcięższy KitchenAid nie załapał się do szafki – półki karuzeli nie są w stanie udźwignąć tak dużej masy. Łamiąca wiadomość jest zatem taka, że – wbrew temu, co mogliście sądzić – nie trzymam go na blacie (li tylko) dla szpanu.


Brak miejsca na suszarkę do naczyń lub wrodzoną niechęć do stawiania takich „ozdób” na blacie można obejść, instalując suszarkę w szafce ściennej. Dwie druciane półki z łatwością pomieszczą mokre naczynia, a dołączona taca zbierze ociekającą z naczyń wodę.
A skoro o wodzie i wilgoci mowa – niektóre klasyczne półki można na etapie projektu podmienić na wentylowane. Cyrkulacja powietrza na pewno zrobi dobrze produktom spożywczym i tym zbieranym w księżycową noc ziołom, które suszycie na strychu w tajemnicy przed dzielnicowym.



MAŁY KSIĄŻĘ I PERFEKCYJNA PANI DOMU

Przygotowując się do stworzenia tego wpisu, chcąc zebrać dla Was w jednym miejscu wszystkie sprytne rozwiązania i ułatwienia, prawie zamieszkałam w pobliskim sklepie IKEA – szukając, macając, podpytując sprzedawców (nie wiem, czy to jasne, ale: NIE MACAŁAM SPRZEDAWCÓW!). Co tylko się dało, wypróbowałam w domu – choć wydawało się, że w tak świeżo wyremontowanej kuchni mam ordnung godny kanclerza Niemiec. Grzebiąc w szufladach, zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak bardzo lubię mieć sprzątnięte w szafkach, a zupełnie nie przeszkadza mi wielo(tygo)dniowy syf na wierzchu, zaspy okruchów, Himalaje talerzy i zaburzenia grawitacji spowodowane rozlanym na podłodze sokiem, do którego przyklejają się dorośli, dzieci i pająki. I chyba znam odpowiedź: najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Nie, nie pomyliłam kartek – ukryta organizacja i przypisanie każdej rzeczy właściwego jej miejsca ułatwiają ogarnięcie kuchni (i każdego innego pomieszczenia), niezależnie od skali tragedii na początku. A kiedy już każdy talerz odleci na swoje miejsce, a o plamie z soku pamięta już tylko ścierka – ma się poczucie naprawdę głębokiego porządku – żadnego tam powierzchownego zamiecenia pod dywan. Zajebistometr szaleje, medale za życiowy ogar sypią się jak ulęgałki, nic tylko ogólna gloria i polerowanie złotych pucharów.

(Prosimy projektantów o model półeczki na nasze puchary!)
  


Tych z Was, którzy nie czytali jeszcze posta o metamorfozie kuchni, zapraszam tu: KLIK!


Post powstał we współpracy z marką IKEA

[Fot. 5, 12-18, 21-26, 28 - materiały prasowe IKEA]