30.03.2018

Mała, ale wariatka - nasza mikrołazienka

Zawsze powtarzam: rozmiar nie ma znaczenia, liczy się fantazja. Ba, czasem nawet małe rzeczy są lepsze niż duże. Weźmy takie Seicento: nie dość, że wszędzie zaparkujesz, to jeszcze możesz robić psikusy innym kierowcom. Ileż to razy już witaliście się z gąską, już prawie otwieraliście szampana, widząc idealne miejsce parkingowe pod samym wejściem do sklepu, niemalże na samiutkim czerwonym dywanie, żeby po chwili przekonać się, że stoi tam Seicento? No ja też bazylion.

Tak, niektóre małe rzeczy są super. Małe pieski, małe kotki, małe myszki, małe podatki. Inne jednak fajniej mieć większe i - wbrew wszystkim bezeceństwom, o których teraz myślicie - chodzi mi o łazienki.

Choć mamy naprawdę spore mieszkanie, nasze łazienki do dużych nie należą. Żeby nazwać je domowym SPA bądź salonami kąpielowymi, trzeba by się porządnie zbąblować żelem pod prysznic i dać ponieść kolorowym jak bańki fantazjom. Jednak mimo swej niezbyt imponującej kubatury, obie są całkiem funkcjonalne.

wnękowa kabina prysznicowa
Fot. Piotr Motrenko

Mistrzostwem świata jest w mojej opinii łazienka, którą zaprojektował mój mąż. A tak, dobrze widzicie: znając moją opieszałość, zapowiedział, że tym pomieszczeniem zajmie się sam i żebym nawet nie śmiała mu w tym pomagać (ja super pomagam, wręcz wspaniale, ale umówmy się: dość wolno...). Wziął linijkę, kartkę, ołówek i... prawdopodobnie odprawił z ich pomocą jakiś okultystyczny rytuał, bo nie wiem jak - bez podpisania paktu z Szatanem - udałoby mu się nagiąć te 3,5 m², by pomieściły: toaletę, pralkę, suszarkę, dużą kabinę prysznicową i umywalkę moich marzeń - też sporą!

Poprzedni właściciele urządzili to pomieszczenie zupełnie bez pomysłu. Nie powiem nawet, że je zaprojektowali, bo myśli projektowej nie było tu widać żadnej, raczej przypadkowe wstawienie wyposażenia, które uznali za niezbędne. Przez cztery lata przyzwyczaiłam się do korzystania z łazienki, która jest niewygodna, niefunkcjonalna i w której marnuje się cenne miejsce. Niepotrzebnie nadbudowany sufit, kabina prysznicowa wyprodukowana chyba w NASA do lotów w kosmos, pusta, niewykorzystana przestrzeń na prawo od drzwi. O estetyce nie wspomnę - wystarczy, jeśli powiem, iż nie była "nasza". Może dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie, ile udało się z tego kawałka podłogi wycisnąć.

butelki łazienkowe scandi

Początkowo i my podeszliśmy do remontu dość beztrosko - z drugiej łazienki eksmitowaliśmy pralkę i suszarkę, nie wiedząc jeszcze, czy i jak zmieszczą się w tej. YOLO. Trzymaliśmy się - jak z dwoma promilami w wydychanym powietrzu - ścian. Trzeba było zapomnieć o istniejących przyłączach, o rurach, odpływach, gniazdkach. Ściany, podłoga, otwór drzwiowy i kanał wentylacyjny - to jedyne elementy, których nie chcieliśmy ruszać. Chcąc dopasować łazienkę do własnych potrzeb i jak najlepiej wykorzystać każdy jej centymetr, nie mogliśmy się wzbraniać przed zupełnym jej przeprojektowaniem, odrobiną kucia i murowania. Sąsiedzi po jakimś czasie zapomnieli. Tak myślę.

Gotowa łazienka jest jasna i neutralna - tak widział ją mój mąż, a ja łaskawie mu w to nie ingerowałam. Na kilku wyborach postawiłam pieczątkę "ZAAKCEPTOWANO", wyprosiłam konkretną umywalkę i wniosłam kilka dodatków: trochę naturalnej wikliny, kontrastująca czerń, stonowane butelki na żele i szampony. Niemal wszystko dostępne było od ręki w szwedzkim sklepie meblowym, marketach budowlanych, sklepach stacjonarnych i internetowych. Mojemu mężowi zależało na tym, by zamknąć projekt szybko i jak najmniejszym kosztem. I udało się! Oto łazienka, na którą mówię "gościnna", "ta z prysznicem" lub "ta Twoja". Możecie ją dziś oglądać w pełnej krasie dzięki Piotrkowi Motrenko, który pomógł mi zrobić zdjęcia. Dzięki, Piotrek!


kabina prysznic natrysk
Fot. Piotr Motrenko

toaleta stelaż podwieszany
Fot. Piotr Motrenko

umywalka ceramiczna
Fot. Piotr Motrenko

pralka suszarka bębnowa
Fot. Piotr Motrenko

drzwi przesuwne brodzik kabina prysznic
Fot. Piotr Motrenko



PRYSZNIC


Najwięcej kombinowania kosztował nas prysznic - ciężko się zdecydować, kiedy jest tak wiele możliwości, a Ty połowy z nich nie ogarniasz umysłem. Wyczerpujących artykułów w Internecie wbrew pozorom nie ma zbyt wielu i trochę żałuję, że wcześniej nie trafiłam na ten poradnik:

>>>RODZAJE I CENY KABIN PRYSZNICOWYCH<<<

...choć nawet teraz, po roku, okazał się przydatny (impregnat! hallelujah!). Przede wszystkim, okazuje się, że mamy prysznic wnękowy, czyli taki, w którym trzy z czterech ścian są ścianami łazienki - ze wszech miar praktyczne, bo na kafelkach mniej widać kamień z wody niż na szybie. Jak widać, nie jest to rozwiązanie przeznaczone tylko do dużych łazienek, wnękę można sobie po prostu stworzyć samemu. Poprosiliśmy naszą ekipę o postawienie ścianki oddzielającej pralkę i suszarkę od reszty pomieszczenia, dzięki czemu zyskaliśmy krótszy bok dla naszego prysznica.

Z kilku powodów i obaw mój mąż nie brał pod uwagę natrysku bez brodzika, choć myślę, że dziś wspomniany artykuł rozwiałby jego wątpliwości. Wybraliśmy jednak niziutki akrylowy brodzik i nie mogę narzekać na tę decyzję: jest ciepło w stopy, woda nie leje się na resztę pomieszczenia (tu nie ma marginesu podłogi!), a na jego białym tle nie widać, że jesteśmy posiadaczami najtwardszej wody w Polsce. Ten ostatni argument zdecydował również o kolorze płytek ściennych - nasza woda zostawia koszmarne zacieki i ślady kamienia, czego na jasnych kafelkach niemal nie widać. Do umycia przed sesją zdjęciową lub wizytą sanepidu zostaje właściwie tylko szyba.

Szyba ze szkła hartowanego jest innej marki niż brodzik, ale z dopasowaniem ich nasza ekipa nie miała najmniejszych problemów. Ze względu na brak miejsca, w grę nie wchodziły oczywiście żadne inne drzwi niż przesuwne. Takie drzwi znajdziecie w różnych wariantach cenowych, ale polecam dopłacić nieco, bo z każdą dołożoną stówką, wzrastają walory estetyczne. Najtańsze drzwi prysznicowe są wykonane z cieńszego szkła, a dodatkowo obramowane szerokimi aluminiowymi profilami.

Kucia było tyle, że i kilka bruzd i otworów pod podtynkową baterię z deszczownicą nie zrobiło już różnicy. A zawsze to odrobina więcej miejsca pod prysznicem - można bez oporów wpieprzać kajmak prosto z puszki, nie martwiąc się, czy fałdy tłuszczu nie wkręcą się aby w węża od słuchawki.

umywalka z fartuszkiem



KĄCIK UMYWALKOWY


Siedząc na kibelku mogę cieszyć oczy moją prawie-wymarzoną umywalką. W poprzedniej wersji łazienki mieliśmy maleńką misę nablatową, kamienną (nie traktujcie jej Cillitem, ej. On zasadniczo... usuwa... ten, no... kamień właśnie.), z której woda wychlapywała się na półtora metra.

Ja bardzo lubię konstrukcje duże, przepastne wręcz, przemysłowe. Po nocach śnił mi się głęboki zlew z emaliowanej stali i nawet udało mi się takowy znaleźć w Polsce, lecz po raz pierwszy w życiu rozsądek i pragmatyzm wzięły górę nad gwiazdkami w oczach - na zlewie z moich mokrych snów nie miałabym nawet gdzie odłożyć telefonu! Stanęło na umywalce z żółto-niebieskiego szwedzkiego sklepu, w której totalnie urzeka mnie pionowy fartuszek i miejsce, w którym mogę na chwilę odłożyć mydło odplamiające, kiedy spieram z mankietów ślady krwi po kolejnym udanym rytualnym mordzie.

Niemały kłopot sprawił nam kinkiet. Z oczywistych względów (miejsce!) nie byliśmy w stanie umieścić dwóch źródeł światła po obu stronach lustra. Znalezienie jednego, centralnego, który będzie wystawał poza obrys szafki, było trudne, ale udało się! Lubię ten surowy, industrialny, lekko prodiżowy sznyt.

kinkiet industrialny



WC


Toaleta, jaka jest, każdy widzi: biała. I wisi. I jak się naciska guzik, to leci taka niesmaczna woda. Ponieważ stelaż został zabudowany, powstała nad nim wnęka. Być może kiedyś uzupełnimy ją płytką szafeczką na wymiar, ale na razie murek służy do magazynowania papieru toaletowego (ja nie wiem, co to jest i do czego służy - jestem damą i nie wydalam), a na ścianie wisi mój ulubieniec: marynistyczny witrażyk, którego historię doskonale znacie. Na razie nie wyobrażam sobie rozstania z nim, więc póki co: murek na srajtaśmę zostaje!


dodatki do małych łazienek



ROK POŹNIEJ...


Z perspektywy czasu - bo remont zakończył się już rok temu - mogę już co nieco powiedzieć o codziennym korzystaniu z tej łazienki. Z czego jestem zadowolona? Co się sprawdza? Co bym zmieniła? Przede wszystkim, nadal jestem dumna i pełna podziwu dla mojego męża, bo - przyznaję bez bicia - wiary we mnie tyle co w kamieniu i nie umiałam zaufać, że wszystko uda się pogodzić. 

Z prysznica korzysta się doskonale, natomiast wcale nie siadam na półce, którą zbudowaliśmy specjalnie po to, żebym mogła przycupnąć, kiedy odżywka wnika głęboko w strukturę włosa. Jest na niej niemiłosiernie zimno w tyłek, a krawędź płytek jest nieprzyjemnie ostra. 

Umywalka jest spora, jej kształt nie powoduje wychlapywania wody, łatwo ją doprowadzić do kultury. Pojemna komódka mieści wszystko, co potrzebne do prania. 

Największy mankament związany jest z pralką - korzystałoby się z niej o wiele łatwiej, gdyby drzwiczki otwierały się w drugą stronę. Niestety, kierunku otwierania nie da się zmienić - chyba że postawimy pralkę do góry nogami. 

Do toalety przyczepić się nie można (zresztą co ja mówię, przecież nie wiem, bo nie korzystam!!!)

wc
Fot. Piotr Motrenko


Pozostaje pomalować drzwi i wreszcie będę mogła powiedzieć o którymś z pomieszczeń naszego mieszkania, że jest w 100% skończone! Dziwne uczucie, nigdy wcześniej go nie znałam...


[Partnerem wpisu jest Vivus.pl]