29.07.2018

Jadalnia krok po kroku, czyli gdzie zjeść obiad, gdy labrador zajął kanapę


Uwielbiam jeść poza domem. Lubię rozsiąść się w knajpie, próbować nowych potraw, odkrywać połączenia smaków, na które nie wpadłabym nawet po stymulacji elektrowstrząsami. Zjeść coś, czego nie chciałoby mi się ugotować, chyba że pod groźbą śmierci głodowej. Lubię domawiać desery, pić kolejne napoje i fundować swojemu żołądkowi miks śledzia z bezą. Czyli coś jak ostatnia Wigilia, tylko że nie ja sprzątam.

Chciałoby się tak żyć, ach, tylko los rzuca kłody pod nogi. Sypnie jakimś niezaplanowanym wydatkiem, złą pogodą, urlopem restauratora. No a jeśli macie bardzo energiczne dzieci, to jest duże prawdopodobieństwo, że z każdym obiadem poza domem lista knajp, w których bez wstydu możecie się pokazać, kurczy się drastycznie. Na końcu zostaje tylko McDrive.

Co zrobić? Nie ma wyjścia - trzeba czasem wrzucić coś na domowy ruszt. I, pamiętając słowa matki, zjeść to potem:

Jak człowiek
Nie na stojąco
Nie w biegu
Nie na kanapie
Nie przed telewizorem
Nie w zgięciu takim, bo wrzody!

…czyli najlepiej w jadalni.


CZY JA W OGÓLE MAM NA TO MIEJSCE?


Jadalnie urządzone w osobnych pomieszczeniach kojarzę tylko z amerykańskich programów telewizyjnych o remontach oraz XIX-wieczych powieści mieszczańskich. Dziś są coraz większą rzadkością, bo mało komu metraż domu czy mieszkania pozwala na takie rozplanowanie pomieszczeń. A wielu z tych, którym może by i pozwolił, i tak wybiera jadalnie otwarte.

Żyjemy i mieszkamy inaczej niż kiedyś. Zamiast dzielić przestrzeń i – co za tym idzie – mieszkańców, otwieramy ją, umożliwiając domownikom wspólne spędzanie czasu. Nawet jeśli każdy oddaje się akurat innej czynności, w innej strefie pokoju dziennego, to jednak wszyscy są razem.
Najlepszym przykładem znoszenia podziałów są dzisiejsze kuchnie: choć te zamknięte mają swoich zwolenników, we współczesnym projektowaniu wnętrz powszechnie się od nich odchodzi. Wiele osób budujących czy przeprojektowujących swoje cztery kąty decyduje się na posiadanie jednego, sporego salonu otwartego na kuchnię, a gdzieś pomiędzy tymi dwoma umieszcza kącik jadalniany.

Jeśli zatem nie wachlujecie się właśnie strusimi piórami, nie nosicie tiurniury i nie macie ojca kamienicznika, to po pierwsze: bardzo mi przykro, łączę się w bulu bólu. A po drugie: Wasza jadalnia to zapewne niewielka strefa w pokoju dziennym, a nie osobne pomieszczenie z mahoniowym stołem i martwymi naturami w pozłacanych ramach.



JAK WYDZIELIĆ TĘ STREFĘ?


Nasze salony mogą pełnić wiele funkcji i mieć różne strefy: wypoczynkową, jadalnianą, do pracy, do zabawy. Aby wyróżnić taki kącik i nadać mu charakteru, można (choć nie trzeba) wizualnie oddzielić go od reszty pokoju.

Jednym z prostszych, a jednocześnie dających bardzo wiele możliwości sposobów, jest kolor. Cała ściana, lamperia, a może i fragment sufitu pomalowany innym kolorem farby niż reszta pomieszczenia, skutecznie podkreślą odrębne przeznaczenie danej strefy.

Kolejną metodą może być pokrycie ściany przy stole innym niż dominujący w całym wnętrzu materiałem. Cegła, tapeta a nawet – dla klimatu industrialnego bistro – kafelki. U siebie w „jadalni” zastosowałam ten drugi materiał. Kładliśmy tapetę niepewni efektu, ale ten bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Ozdobiona w ten sposób ściana dodała całemu wnętrzu wiele przytulności i już od progu przyciąga wzrok. Uważajcie zatem: jeśli chcecie ukryć Wasz stołowy kącik i pomóc mu wtopić się w otoczenie, nie stosujcie wyrazistej tapety!

Z poziomu podłogi kącik jadalniany fajnie wyróżni ciekawy dywan. Stosując tę metodę należy jednak pamiętać o dwóch zasadach: dywan musi być na tyle duży, żeby pomieścić stół i wszystkie krzesła wokół niego (nawet kiedy są odsunięte). No i odradzam jedzenie przy takim stole czegokolwiek poza surową kalarepą.



GDZIE POSTAWIĆ STÓŁ?


Zwykle kącik jadalniany umieszcza się możliwie blisko kuchni – dzięki temu łatwiej jest serwować potrawy, sprawdzić, co puka w szybkę piekarnika, posprzątać skorupy po posiłku. Także w sytuacjach kryzysowych, kiedy właśnie zauważyliście, że dziecko znajomych od dziesięciu minut wciera majonez w tapicerkę krzesła, dystans do najbliższej ściery ma znaczenie. Albo kiedy na stole skończyły się limonki do Cuba Libre i koniecznie musicie dokroić, ale nie chcecie, by ominęło Was choć słowo z opowieści wujka Staszka o buldogu z Internetu, który (nie mając tylnych łap, Basiu, rozumisz!?) nauczył się obsługiwać tokarkę i założył firmę produkującą rączki do pędzli, a za zarobione pieniądze kupuje kosmiczne ilości płynu do płukania jamy ustnej.



JAKI STÓŁ WYBRAĆ?


Sercem jadalni, a często i całego domu, jest stół. Duży, mały, prostokątny czy okrągły – to nie tylko kwestia gustu, ale i potrzeb, dlatego nie pozostawiajcie tego wyboru losowi.

Stoły prostokątne są najbardziej popularne i ustawne – kiedy akurat na horyzoncie nie majaczą żadni goście, wystarczy dosunąć stół dłuższym bokiem do ściany, żeby zyskać nieco przestrzeni. Konkretnie 80-100 cm przestrzeni, bo mniej więcej tyle miejsca potrzebujemy, żeby odsunąć się na krześle i wstać od stołu. Przy prostokątach dobrze sprawdzają się również ławki, wiem to z autopsji. Świetnie upycha się na nich dzieci, znacznie łatwiej niż we Fiacie 126p. Zasada jest prosta: kiedy, Waszym zdaniem, ławka jest pełna i nie ma na niej miejsca na kolejne osoby, to znaczy, że zmieści się na niej jeszcze dwoje dzieci (albo troje z anemią). Ławki bez oparcia mają też tę zaletę, że zgrabnie chowają się pod stołem, kiedy nie są potrzebne. Za to ławki z oparciem zawsze ładnie wyglądają. Nawet upaćkane majonezem.

Na okrągły stół mogący pomieścić więcej niż 4 osoby większość z nas zapewne i tak nie ma w domu miejsca. Dlatego dla wszystkich, którzy pałają niechęcią do rogów i kantów (obstawiam przesądnych singli i rodziców roczniaków), lepszym rozwiązaniem będzie stół okrągły, mogący w razie potrzeby rozłożyć się do owalu (np. BJURSTA). Pamiętajcie, że komfortowa średnica blatu dla czterech osób to jeden metr. Jeśli spróbujecie posadzić przy okrągłym stole na czterech nogach więcej niż cztery osoby, liczcie się z tym, że którejś z nich może być mniej wygodnie.

Kupując wymarzony stół do jadalni pomyślcie o WSZYSTKICH rolach, jakie będzie pełnił. Kto wie, może to przy nim będzie się toczyło życie całej rodziny? Poza posiłkami, Wasz stół prawdopodobnie będzie świadkiem wielu innych zdarzeń. Przy nim będą odrabiane lekcje, rozkładane warcaby, malowane pisanki. Przy nim uszyjecie sobie strój pumeksu na Halloween, zaplanujecie objazdówkę po Gruzji i odpiszecie na setki maili.


Zastanówcie się, jak często przyjmujecie gości, czy organizujecie świąteczne obiady i kinderbale. Jeśli z dużego stołu korzystalibyście raz do roku, to może nie warto inwestować w wielki, rozkładany mebel – taki można w razie potrzeby wynająć z wypożyczalni lub od kogoś znajomego. Kiedy jednak prowadzicie dom otwarty, a Wasi goście lepiej znają zawartość kuchennych szafek niż Wy sami, warto w jadalnianej strefie postawić stół, który z łatwością wszystkich skupi i zachęci do wielogodzinnych rozmów i degustacji. Takim meblem jest na pewno rozkładany, sosnowy STORNÄS z IKEA, który występuje w dwóch rozmiarach: mniejszy ugości od 6 do 8 osób, zaś wersja większa (rozkładająca się do niemal trzech metrów) – nawet 10. Miałam, polecam. Stołów BJURSTA, INGATORP i EKEDALEN wprawdzie nie miałam, ale pochyliłabym się nad nimi, szukając mebla, który na co dzień odpowie potrzebom czteroosobowej rodziny, a raz do roku zdoła pomieścić dwanaście potraw (i koniecznie kolę, bo z kolą smakuje lepiej czy jakoś tak).

Ja jestem właśnie w trakcie wymiany stołu – kupiłam stary, używany mebel na toczonych nogach (i okrutnie stoczony przez drewnojady). Na razie zabiliśmy dziady preparatem owadobójczym i powoli odsłaniamy drewno, które latami chowało się pod czarną farbą. Nowy stół jest mniejszy, ma 120 cm długości, ale za to rozkładany – dodatkowe przedłużki dodają mu po 50 cm z każdej strony. Myślę, że to fajne rozwiązanie dla takiej rodziny jak nasza: na co dzień korzystającej z jadalni we czwórkę i tylko raz na jakiś czas zapraszającej gości.



KRZESŁA CZY ŁAWKA?


Wybór stołu często idzie w parze z wyborem krzeseł. Czy to słuszne podejście? Z jednej strony naturalnie tak, ponieważ na czymś trzeba ten mało szlachetny dół pleców usadowić, żeby zjeść ziemniaczka i bukiet surówek. Z drugiej strony, mam wrażenie, że decyzja o zakupie krzeseł podejmowana jest czasem w pośpiechu i bez refleksji. A to już gorzej, bo krzesło to fantastyczny mebel, któremu warto poświęcić chwilę.

Ja, jako zwolenniczka spontanicznych zbieranin raczej niż grzecznych kompletów, wybieram meble używane. Gdzie je znaleźć? W Internecie, na śmietniku, u dziadka w szopie, u babci w piwnicy. Żeby nie dokładać sobie pracy, wybierajcie te, które są stabilne, z których nie odchodzi fornir, w których nie spuchła od wilgoci sklejka. Jeśli będą w dobrym stanie, być może nie będziecie musieli nic przy nich robić – mam kilka takich okazów, a wszystkie właściwie same wpadły w moje ręce. Każde jest inne, ale uwielbiam to, jak wyglądają razem przy stole. Czasem robię też podmianki, bo krzeseł mam w domu znacznie więcej niż miejsc przy blacie.

Krzesło to takie małe dziełko dizajnu samo w sobie, więc jeśli odpycha Was myśl o używanym siedzisku, wiecie, dokąd się udać po dobre wzornictwo w przystępnej cenie. Siedziałam na wielu krzesłach z IKEA i zawsze były to bardzo miłe posiadówy (no może z wyjątkiem tej, kiedy gospodyni podała niedopieczoną bezę, a ja stwierdziłam, że YOLO, że carpe diem oraz że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni i zjadłam z dokładką). Gdybym musiała dziś wybrać komplet krzeseł dla siebie, pewnie zaopatrzyłabym się w szczebelkowe NORRARYD lub klasyczne IDOLF. Do tego dziecięce AGAM lub INGOLF i jedziem z tym obiadem!

Wyżej wspomniałam również o ławkach. To naprawdę ze wszech miar godne polecenia rozwiązanie, choć ma też swoje wady. Największą z nich jest samo siadanie na ławce. Ja zawsze muszę nieco odsunąć ją do tyłu, kiedy chcę wcisnąć swój latynoski tyłek, a potem, już siedząc, przysuwam się razem z ławką z powrotem do blatu, żeby jak najbardziej skrócić trajektorię łyżki z barszczem na trasie talerz – usta. Nieco więcej znajdziecie na ten temat w tym wiekowym poście. IKEA ma obecnie w ofercie kilka bardzo ładnych i przystępnych cenowo ławek: NORRÅKER, YPPERLIG, INDUSTRIELL – ze względu na brak oparcia mogą stać nawet od strony przejścia, bo są lekkie wizualnie, nie stanowią przeszkody, no i łatwo je dosiąść.



GDZIE WSZYSTKO POMIEŚCIĆ?


Kiedyś było lepiej. W jaskiniach było mnóstwo miejsca do przechowywania. Pojemne skalne wnęki mieściły kolekcje kubeczków z Muminkami, frytownice i thermomixy. Stosy talerzy piętrzyły się wokół paleniska, a liczne kuchenne utensylia można było po prostu ciepnąć do wykopanego w tym celu dołka w ziemi, najlepiej pod ścianą z naskalnymi przedstawieniami mamutów. Dziś, kiedy większość z nas mieszka w blokach, przechowywanie i organizacja to jedna z największych udręk (nie licząc zamiłowania sąsiada z dołu do Kelly Family). Szczególnie w kuchni, gdzie trzeba pomieścić naprawdę wiele sprzętów, naczyń i produktów spożywczych, każda półka i każda szuflada są na wagę złota.

Jeśli macie odpowiednio dużo miejsca w salonie, rozważcie dodatkowe meble, mogące zwiększyć powierzchnię przechowywania. Taką rolę może pełnić witryna, serwantka, bufet, kredens, czy tzw. sideboard. Można w nich trzymać zarówno używaną na co dzień zastawę, jak i te jej elementy, które wyjmujemy od święta. Pomieszczą kieliszki, półmiski, wazy, dodatkowe nakrycia, sztućce po prababci, porcelanowy serwis, którego boimy się używać, jak i obrusy, serwetki, a nawet wazony i świeczki przydatne do udekorowania stołu. Dolną część kredensu można teoretycznie zmienić w barek na jakieś formy C2H5OH, ale my tu wszyscy jesteśmy tak kulturalni, tak eko i tak fit, że przecież tylko ciepłe mleko (owsiane) i deszczówka.


Zawartość bufetów i kredensów w strefie jadalni dostosować należy oczywiście do realnych funkcji stołu. Jeśli pełni on rolę biurka do pracy, we wspomnianych wyżej meblach umieśćmy segregatory, dokumenty, a może i drukarkę. Jeśli to przy nim oddajemy się z pasją malowaniu portretów dyktatorów, na półkach i w szufladach przechowujmy farby, pędzle, podobrazia i gumowy młotek, żeby może wybić sobie z głowy tę chorą pasję i przerzucić się na krzyżówki.

Jeśli metraż salonu nie pozwala na wstawienie żadnych dodatkowych mebli, które odciążyłyby kuchenne szafki i przejęły część klamotów i skorup, warto pomyśleć przynajmniej o mobilnym barku lub wózku, takim jak np. RASKOG. Na co dzień można przechowywać na nim ziemniaki i cebulę, a na czas imprez przeobrażać w ładny pomocnik, na którym swoje miejsce znajdą napoje, dodatkowe talerzyki, serwetki i duży budzik, który nieustannie przypominać będzie gościom, jak długo już siedzą.



JAK TO OŚWIETLIĆ?


Ponieważ zawsze warto wiedzieć, czy się akurat nie wcina spleśniałego dżemu (na dodatek z włosem), dobrze oświetlająca stół lampa to konieczność. Ale nie tylko – to też ważny element wystroju całego wnętrza. Decyzja należy do całkiem przyjemnych, jeśli nie poczujemy się przytłoczeni i onieśmieleni wyborem lamp na sklepowych półkach. Nad cztero- i sześcioosobowymi stołami spisze się już jedna mocna żarówka, ale takie lampy lubią – jak dziewczyny do toalety – chadzać parami, a nawet trójkami. Ja preferuję, kiedy światło nad blatem mocno daje po oczach, ale miłośnikom nastrojowych kolacji polecam zamontowanie ściemniacza, żeby na romantycznej randce nie czuli się jak na przesłuchaniu Gestapo.

Jako fanatyczka naturalnych materiałów i plecionek, wprost przepadam za moim wielkim kloszem LERAN – upolowanym w ostatnim momencie przed wycofaniem go z asortymentu IKEA. LERAN ma jednak godnych następców: bambusowe wiszące lampy SINNERLIG, BOJA czy INDUSTRIELL dają lekko rozproszone światło, w sam raz do jadalni.

Zamiast lampy wiszącej można pokusić się o bardziej oryginalne rozwiązanie, montując oświetlenie wprost ze ściany, przy której stoi stół. Tutaj warto jednak rozważyć lampę dającą możliwość regulacji, szczególnie, jeśli planujemy – zależnie od okoliczności – przysuwać i odsuwać stół od ściany. Lampy kreślarskie, nożycowe i inne o zmiennej długości ramienia mają tę przewagę nad lampami wiszącymi, że bez trudu skierujemy ich światło w miejsce, w którym jest potrzebne. Zaciek z twardej wody na źle wypolerowanym widelcu jest właśnie takim miejscem.



A CO NA STOLE?


Jeszcze niedawno marzyła mi się zastawa skompletowana ze zbieraniny używanych miseczek, talerzy i półmisków. Każdy element inny, każdy z inną historią (oby nie historią choroby zakaźnej). Ale, jak to czasem bywa, cierpliwość łowcy przegrała z zakupoholizmem. Stwierdziłam, że chcę mieć talerze już. Wszystkie na raz. I najlepiej niedrogo. (No i trochę się brzydziłam używanych.)

Długo wzdychałam do talerzy ARV z IKEA, ale mój mąż kręcił nosem, że babcine i że będą się szczerbić podczas żonglowania. Z tym pierwszym nie miał racji, talerze są piękne i wcale nie trącą sanatorium, natomiast faktycznie, kilka ukruszyło się nam podczas niedelikatnego wrzucania do zmywarki.

W razie braków w zastawie, mam na tyle blisko do IKEA, że mogę je sobie w poł godziny uzupełnić. I tak też zrobiłam, kiedy najpierw zaprosiłam całą rodzinę na Wigilię, a potem zorientowałam się, że gości będzie dwa razy więcej niż nakryć.

Mój cygański pałac nie byłby cygańskim pałacem bez odpowiednio lśniących sztućców, a w tej roli złote TILLAGD sprawdzają się świetnie. O niebo lepiej niż Karolak w roli amanta. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kupię sztućce, których nie można myć w zmywarce i z pietyzmem będę je pucować gąbeczką w zlewie, a potem – wzorem jakiejś dziewiętnastowiecznej służącej – polerować do sucha ściereczką, szybkim ruchem wykręciłabym 112 i kazała człowieka zabrać na najbliższy oddział chorób nerwowych. Ale TILLAGD są tego warte, bo dają coś więcej niż zawiść sąsiadów i fotogeniczność. To bodaj najwygodniejsze, najbardziej ergonomiczne sztućce, jakimi jadłam, żaden tam przerost formy nad treścią, o nie!

Niemal cała reszta ceramiki i szkła, które posiadamy, to uzbierane na przestrzeni lat nabytki ze szwedzkiego sklepu. Co więcej, zapasy były już kilkakrotnie uzupełniane. Nasze szklanki wyjątkowo lubią się z grawitacją…



SMACZNEGO!


Nieważne, czy miejscem wspólnych posiłków jest dla Was kuchenny stół, wysoki barek, okrągły artdekowski mebel czy rozkładany mahoniowy ludwik. Sprawcie, żeby ten kąt Waszego domu był wygodny, funkcjonalny, łatwy w utrzymaniu czystości, ale i przytulny. Zadbajcie o komfortowe krzesła, przyciągający wzrok mebel do przechowywania dodatkowych naczyń, dobre, ale niezbyt mocne światło. Zjedzcie ze smakiem, a potem połóżcie nogi na stole i oddajcie się leniwemu trawieniu. Bo możecie. To nie restauracja z gwiazdkami Michelin, to Wasza prywatna, osobista, przytulna jadalnia.



Na zdjęciach wystąpili:

czarne krzesełko dziecięce AGAM - IKEA
talerze ARV - IKEA
szklanki GODIS - IKEA
karafka z korkiem IKEA 365+ - IKEA
wazon STOCKHOLM 2017 - IKEA
sztućce TILLAGD - IKEA
słoik z przykrywką KORKEN - IKEA
lampa nad stołem LERAN (niedostępna) - IKEA

stół, ławka, krzesła - używane

dzieci, placki, lemoniada - sama zrobiłam

koper - z ogródka


[Post powstał we współpracy z marką IKEA]